poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Fursa saida

-->

Fursa saida (فورس صيدا), to zwrot, którego nauczyłem się w drodze do Marsylii, chyba w tramwaju nr 4. Zaczynam się bać, bo wciąż idzie, a właściwie jedzie mi się, zbyt dobrze. Oczywiście cały dzisiejszy dzień było pod wiatr i pod koniec dnia pod górę, ale do tego to już akurat się przyzwyczaiłem.
Planowałem wyjechać około 10-11, i prawie mi się udało. Wyjechałem po południu.
Fabian jest niesamowity, jednak założył organizację rowerową, o której mówił w grudniu – VELORUTION. Rzucił pracę. Chciałbym, żeby pojechał ze mną do Algierii, on też – tylko z tego powodu żałuję, że wszystko z wizami potoczyło się tak szybko, bo może zdążyłby załatwić i on... Może następnym razem. Może na jesieni.
Pomimo wiatru pierwsze 40 km pojechało się właściwie samo – trochę pogubiłem drogę wyjeżdżając z miasta, ale nadłożyłem maksymalnie kilka kilometrów. Po planie, którego miałem się trzymać, śladu już prawie nie widać. Nie sądzę bym zdążył w poniedziałek wjechać do Algierii – nie skorzystałem dziś z kilku możliwości podwózki, jechało się tak fajnie, że nawet zmrok mi nie przeszkodził, ani góra, podczas wjazdu na którą mnie zaskoczył. Przecież za nią miał być zjazd!!
Z Tunisu skierowałem się na północ, wpierw drogą RN8, w miejscowości Utica nie zatrzymałem się obejrzeć punktu archeologicznego, ale skorzystałem z rozpalonego grilla baru tuż przed osadą (wtedy jeszcze podejrzewałem, że jednak dotrę wieczorem do Tabarki) i skręciłem na zachód (pod wiatr) i po przejechaniu przez Mateur wspiąłem się na jakąś 300 metrową przełęcz za Jefną (RN7). Co prawda nie widziałem z niej wiele, do wjechałem tam z pół godziny po zmroku, ale przynajmniej zjazd się zapowiadałam na ponad 20 km. W międzyczasie dzwonił mój ulubiony Algierczyk, który uspokoił mnie, że jednak wiza, z którą mam zamiar wjechać do Algierii upoważnia mnie do przekroczenia granicy lądowej. Omówiliśmy jeszcze kilka innych kwestii, te jednak nie były już tak optymistyczne.
Chciałem dziś dojechać choćby do Sejenane. a ten zjazd, który sobie na koniec dnia wymarzyłem zapowiadał się naprawdę świetnie, lekko w dół, oczywiście wiało jak cholera, ale i tak było całkiem przyjemnie. Czasem zdarzały się i podjazdy na tym zjeździe, ale w nieco ponad kwadrans zjechałem z 310 metrów, na 200, pokonując prawie 10 km. W międzyczasie towarzyszył mi przemiły tunezyjski kierowca furgonetki, którą wolno jechał za mną, na całkiem szybkich zjazdach, oświetlając mi asfalt – niesamowicie było to uprzejme z jego strony. Pożegnaliśmy się mruganiem światłami przed którymś z kolejnych podjazdów. Gdy znów podjechałem ze 30 metrów, a następną osadę widać było daleko w dole, miałem szansę jeszcze nieco bardziej polepszyć średnią, ale wtedy się rozpadało. Tak porządnie się rozpadało, że w kilka minut szybkiego zjazdu byłem całkiem nie suchy, a i widoczność stała się nieznośnie krótka, bo w świetle czołówki, przy 30 km/h widać przed sobą wyłącznie tysiące świecących kropelek deszczu. I wtedy właśnie pojawiła się szczęśliwa okazja, czyli rzeczona fursa saida. Pierwszy od jakiś 20 km bar, aż krzyczał do mnie: skryj się pod mój parasol!
Wpadłem w środek arabskiego, męskiego, wieczoru. Chłopaki palili sziszę i cięli w karty, po pół godzinie spróbowałem się dosiąść do jednego ze stolików, ale ni w ząb nie wiem o co chodziło w ich grze. Może następnym razem. Kawiarnia oferowała kawę. Taką ze staroświeckiego automatu, a właściciel, Monji, robił ją rzeczywiście całkiem smacznie – oczywiście potwornie daleko jej było do tej, którą piłem w Kairuanie, w grudniu zeszłego roku, w pewnej tureckiej kawiarni... Tamta była najlepszą kawą jaką piłem w życiu, i sądzę, że długo nie będę pił lepszej, bo nie wybieram się tam w najbliższym razie.
Wracając do Cafe Oued El Zitoun, to poznałem też trzech synów Monjiego, Abdrazaka, Achrefa i Mahjouba, pośmialiśmy się trochę z mojego mylenia liter arabskich (głównie tych z kropkami) – deszcz przestał padać, pojawiły się gwiazdy, wydawało się, że gdy tylko się przebiorę w suche spodnie to dalej popędzę w noc, w stronę granicy. W tym momencie jednak, Monji, który mówił do mnie wyłącznie po arabsku, zaproponował nocleg wewnątrz kawiarni. No i jak tu nie skorzystać z takiej kolejnej szczęśliwej okazji? Goście się rozeszli, nie nauczyłem się grać z nimi w karty, nawet zapomniałem jak się ta gra nazywa, ale pewnie jeszcze się tu zatrzymam w drodze powrotnej z Algieru, wtedy im pokażę! Chłopaki posprzątali lokal (pewnie pierwszy raz od wielu tygodni), przynieśli materac i koc, pokazali jak się obsługiwać pilotem telewizyjnym i poszli. Trochę głupio, że zamknęli mnie od zewnątrz, ale zorientowałem się zbyt późno by się spytać o której mnie otworzą. Chciałbym się stad wydostać około 8. Bardzo się znów rozpadało.

Tradycyjnie zdjęć garść:
poranek w Menzah 8

mój dobrodziej!

bez komantarza

ładny start

popołudniowa modlitwa pasterza

od lewej: Monji, Mahjoub, Abdrazak i Achref

kawiarniana cela

nocą zrobiło się straszno bo pomiędzy butelkami buszowały myszy...

...dopiero wówczas zrozumiałem dlaczego Monji nalegał bym materac położył na stolikach;)



sobota, 14 kwietnia 2012

Frajdej, trzynastego




Wczoraj był frajdej, trzynastego. I oprócz tego, że znajdowałem się wciąż dużo za daleko od lotniska w Marsylii (bo dziś miałem zdążyć na samolot do Tunisu), to nie skłamię pisząc, że wczorajsze zbiegi okoliczności zakończyły się nadzwyczajnie pozytywnie, gdyż ostatecznie noc spędziłem w budynku Aeroport Marseille Provance !

Jak się tu znalazłem, i co się działo od 4 kwietnia, czyli od dnia gdy wsiadłem w Warszawie do PolskiegoBusa jadącego do Wiednia, pewnie jeszcze kiedyś spiszę. Działo się sporo, a niektórzy pewnie nie uwierzą w te wydarzenia. Dużo się wyjaśni już niedługo, a jeśli jeśli niedługo się się wyjaśni na „tak”, to 15.05 maja wyjaśni się jeszcze bardziej... (w czwartek, rano wypiłem pierwszą od ponad 4 tygodni kawę, nie mam już sił, musiałem się czymś podtrzymać przy życiu...)

Noc na lotnisku spędziłem całkiem wygodnie, chociaż „antykloszardowe” siedzenia, z na stałe mocowanymi podpórkami na ręce, to jakieś nieporozumienie, bo trzeba się nieźle nagimnastykować, by zmieścić się na zestawie takich krzesełek. Przespałem więc prawie całą noc najpierw na lewym, a potem na prawym boku, pod miednicę podkładając sobie futerał od laptopa, wyginając się w scyzoryk. „Nocą miałem gości, przyszły zwierzątka” i strasznie hałasowały przy automacie z kawą. Włosi jacyś, smakosze kawy, nic sobie nie robili z tego, że obok ktoś śpi i bardzo głośno wyrażali swoją dezaprobatę smaku płynu, który wydobył się z maszyny. Nad ranem, już po świcie, obudziły mnie głosy, ale nie byle jakie, bo zaoceaniczne – przyleciał ogromny samolot z Australii (lub z jakiejś innej Kanady) i kangury nim lecące wpuszczono na krótki czas do hali lotniska. Wcale się nimi nie przejmowałem, ale oni nie byli zadowoleni, że podróż się przedłuża, bo przystanek w Marsylii chyba nie był planowany. Niech się cieszą, że wylądowali – wczoraj był frajdej trzynastego.

Od 8. zacząłem wcielać w życie plan zdobycia taśmy klejącej, niezbędnie niezbędnej do odpowiedniego opakowania roweru. Karton i folie to nie problem, już wczoraj zlokalizowałem wokół budynku kilka remontowanych elewacji, a co za tym idzie masę wielkich kartonów po oknach, elementach ścian itp. Trudność się pojawiła gdy zdałem sobie sprawę z tego, że dziś jest sobota – więc, jak wiadomo, w bogatych krajach Unii Europejskich, jest to dzień wolny od pracy i robotników dziś nie spotkam na rusztowaniach, a rusztowania są za ogrodzeniami. Niemniej, tak jak pisałem kartony to nie problem, nawet jeśli dzień wcześniej padało to szybko schną na słońcu. Problem był z taśmą klejącą, którą powinienem karton posklejać, a i w dodatku była niezbędna do zrealizowania pewnego chytrego planu. Miałem bowiem kilkukilogramową nadwagę, i jak wiadomo nie chodzi o wagę mojego ciała, ale tych wszystkich rzeczy, które targałem tu z Warszawy. Zamierzałem przeprowadzić, spraktykowane po raz pierwszy w Tunisie, dopakowywanie kartonu już po zważeniu, czyli w drodze od odprawy bagażowej do stanowiska nadgabarytowych bagaży (teraz przynajmniej już wiadomo dlaczego samoloty spadają!).
Robotników nie było, obsługa lotniska nie potrafiła mi pomóc, postałem więc chwilę przed lotniskiem, w oczekiwaniu na jakiś pasażerów, których bagaże będą oklejane taśmą – pewnie zostanie im trochę po odprawie i mi dadzą. Sam bym tak zrobił. Pasażerowie z takimi paczkami, to przeważnie Arabowie, mój francuski jest prześmieszny, do „mówienia” po arabsku wciąż nie mogę aspirować, a oni po angielsku ni w ząb, pokazuję więc oderwaną taśmę i karton do sklejenia. Już pierwszy z nich nakierował mnie na uniwersalne słowo oznaczające szeroką taśmę klejącą: scotch – i wszystko staje się prostsze. Pierwsi zagadnięci Arabowie nie mieli „skocza”, drudzy też, ale Ci przynajmniej powiedzieli, żebym spróbował wewnątrz portu lotniczego. Ale gdzie? Koleś mówił, że w „rela”, kuurde, ale co to takiego? Pytam się człowieka od foliowania bagażu, on też mówi „rela” i wskazuje drugi hol, gdzie mieści się... Relay. Co za język... Do Relay'a zaglądałem już wcześniej, oglądałem półki, ale mimo mojego nadpobudliwego wzroku, nie znalazłem tego, za co ostatecznie zapłaciłem 4,2 euro - wystarczyło spytać piękną czarnooką sprzedawczynię o Scotch - i życie staje się łatwiejsze;) Swoją drogą, taka taśma naprawdę nie zajmuje dużo miejsca, nie jest też ciężka i koniecznie muszę ją dopisać do listy rzeczy absolutnie niezbędnych na wyjazdach rowerowych.
Wieczorem będę znów w Tunisie. Tunezję wspominam bardzo. Pod każdym względem bardzo.



Zdecydowanie najbardziej w Marsylii brakowało mi wolnego dostępu do internetu – niby coś można kupić on-line, ale co dziwne programy do obsługi nie współpracują z linuxem. Ponadto, opłaty są srogie, bardzo srogie – 0.15 euro za minutę połączenia.

Karton się nadał, bez problemu, pierwszy raz byłem pierwszym pasażerem na Check inie! Formalność się przedłużała, bo nie miałem przy sobie biletu elektronicznego i podszedłem do miłego pana tylko z paszportem. Po odprawie oczywiście dorzuciłem jeszcze ze dwa kg z bagażu podręcznego i jakoś dolecieliśmy, nie spadliśmy do M. Śródziemnego!

Teraz siedzę u Fabiana. Łza się kręci. Ten sam pokój, Miriam szwendająca się po mieszkaniu jak duch – bez entuzjazmu, ale z uśmiechem oznajmia, że całe mieszkanie jest do mojej dyspozycji, oprócz jej pokoju. Fabian będzie rano, przed moim wyjazdem – dzwonił tylko. Może to i dobrze. Mam czas na zastanowienie się co robić dalej. Mówił, że na przejściu na wybrzeżu nie ma problemu z przekraczaniem granicy z Algierią – grunt to mieć pieczątkę wjazdową w paszporcie, no i wizę. Jacyś rowerzyści z Hiszpanii ostatnio nie wjechali do Algierii, bo policjant z lotniska nie wbił im w paszportach wjazdówki. Mi wbił, więc wjadę. Jak dotąd idzie naprawdę zaskakująco łatwo...

Pomimo, że Miriam nie ma dziś urodzin, to piję z nią piwo. Przezajebiaszczo jestem szczęśliwy.

Rower całkiem sprawny, chociaż na dwóch przełożeniach skrzynia biegów nieco rzęzi – jutro podkręcę. Uporałem się ze składaniem w jakieś 30 minut, przed lotniskiem towarzyszył mi przemiły Tunezyjczyk, który był wszystkiego ciekaw. Na koniec pokazałem mu GPSa i zdębiał gdy zaproponowałem aby się przejechał. Po 10 minutach do przejażdżek ustawiała się kolejka. Taksówkarze. Jak dzieci.

Na rue Haifa trafiłem bezbłędnie, 28 minut z lotniska. Mieszkanie nr 8 – drugie piętro, po lewej.

Nie dość, że dziś dogoniłem sam siebie, to po przylocie do Tunisu nawet się przegoniłem, zyskałem czas, cofając zegarek o godzinę!

Wpieprzam bagietkę, Miriam namawia mnie na makaron z dobrze pachnącym sosem, dzień odlatuje na chmurze.


No i kilka zdjęć się udało już zrobić:
tym samolotem nie poleciałem z Marsylii

poranek z krzyczącymi dzieciakami

tym samolotem też się nie dostanę do Algierii

niezły śmietnik na lotnisku marsylskim

Zaziz, mój nowy kolega z Tunisu

powininiem brać opłaty za przejażdżki

taksówkarze prawie sobie wyrywali rower spod tyłków

pan z parasolem nie chciał się dać namówić na rundkę

:-)

wtorek, 10 kwietnia 2012

Na spanie też czasem przychodzi czas

Tak dużo rzeczy w życiu przychodzi nam z całkowitą, bezmyślną wręcz, łatwością, a piractwo fonograficzne szerzyło się już podczas Stanu Wojennego: 

Zdjęcia wyszły dziś z fotoaparatu. Z cyklu "miast odbicia".



niedziela, 8 kwietnia 2012

Na podjazdy i na zjazdy!

Dwa kawałki, których ostatnio mogę wcale nie zdejmować z uszu...

Gdy podjeżdżam, gdy długo podjeżdżam, tak, że szczytu nie widać, bo las, lub zakrętów dużo, albo gdy jadę nocą,oooo! gdy jadę nocą to tym bardziej i szczególnie, uwielbiam słuchać tego kawałka:


A gdy jestem już na szczycie, jaki by nie był trudny ten podjazd, to chwilkę muszę odpocząć, przerzucić w odtwarzaczu kolejny zapętlony utwór i akurat przez pierwsze dwie minuty się rozpędzać, by przez kolejne gnać w dół:

 

Fajnie się jeździ z Portishead na uszach... A tekst "We carry on" szczególnie może polubić Kriss...



sobota, 7 kwietnia 2012

Skłębienie.

Pół piątku, całą noc z piątku na sobotę, większość soboty (z przerwami na krótki spacer i kilka takiż samych telefonów) spędziłem zwinięty w kłębek, rozdzierany na dwie części bólem, tak wyrazistym, że niemal się porzygałem. Przed chwilą znowu mi się wydawało, że Kriss jest w pokoju. Kriss też leży w bólach, ale całkiem gdzie indziej, być tu nie może - to złudzenie, a może coś całkiem innego... Jutro autobusem będę gonił czas. Nie wolno się poddawać!
tu na południu wszystko jest dziwne

za dużo margaryny

wtorek, 3 kwietnia 2012

Przedwyjazdowa sraczka

Kupa psa i pies. Inny. Z cyklu "kupa miasta".
Nie żeby było to coś nieprzyjemnego... Przedwyjazdowa sraczka* jest całkiem przyjemna, czuje się wtedy, że się zaraz gdzieś wyjedzie i tyle... czasem tylko się nie ma czasu na sprawy wcześniej pieczołowicie zaplanowane... i sił też czasem się nie ma... Taką oto historią rozpocząłem dzień:


Wczoraj siedziałem do późna, bo sraczka przedwyjazdowa spać nie dawała. Teraz widzę, że ostatniego maila wysłałem około północy. Usnąłem w "opakowaniu", obłożony notatkami i laptopami, w głowie mętlik, bo spraw przed jutrzejszym wyjzadem do oganięcia cała masa... No i jak tak usnąłem, to się obudziłem, jakoś przed 7. Podnoszę głowę, patrzę na małego laptopa, ekran wygaszony, spacjuję i pojawia się błękitne światło. Siadam, w głowie mam już plan tego, co na cito muszę zrobić - najważniejsze to 4 maile do wysłania... Piszę, jest dobrze, idzie składnie. Wysłane. Trochę za późno, bo już 7 minęła, ale myślę sobie, że dobrze poszło i zaraz zabieram się do następnych spraw... wysyłam jakieś zdjęcia na ftpa, i segreguję kolejny zestaw fotek, piszę komentarz na blo i fb, dziubię smsa, wciąż idzie całkiem dobrze, jestem skupiony, wypoczęty. Jest super. Zbliża się 8 rano. Myślę sobie, że w takim razie wyślę kolejną porcję maili, przy tych muszę się mniej skupić, są krótsze... Nagle zdaję sobie sprawę z tego, że jest jeszcze ciemno... patrzę na zegarek w lapku, 8:21... patrzę za okno, świtać chyba zaczyna, coś jest nie tak... W telefonie zegar wskazuje 5:21... ale telefon jest w offline, więc pewnie nie wskazuje dobrej godziny? Nie przejąłem się tym zbytnio i pracowałem dalej. Minęło kolejne pół godziny i wróciłem do myśli, że jak na to, że jest przed 9. to jest zdecydowanie za ciemo, może "coś" sie stało na świecie? Jakiś wulkan wybuchł i chmura popiołów przysłoniła słońce? Wchodzę na portale informacyjne, na fb... nic nie ma... Na zegarku w lapku zrobiłą się 9:00... sprawdzam ustawienia zegara, jest ok... sprawdzam jak się zapisały wysłane wiadomości - z czasem wysłania pomiędzy 7 a 9tą... ale na drugim lapku jest po 6.... W ten oto zajebisty sposób, zyskałem dziś 3 godziny! Nie wiem jak się to stało i dlaczego, ale gdy zrestartowałem małego lapka, to czas wrócił na swoje miejsce i ponownie była 7:03... 

 Jutro o tej godzinie powinienem siedzieć w czerwonym fotelu PolskiegoBusa, którym dojadę do Wiednia, a potem rowerem do Marsylii, a potem samolotem do Tunisu i dalej znów rowerem do Algieru, przy czym na bank do granicy TUN/ALG będę musiał złąpać stopa, bo się nie wyrobię do 20.04... Potem chyba polecę samolotem z Algieru do Ouargli, skąd znów rowerem, w towarzystwie 5 Algierczyków i czwórki Polaków, wrócę do Algieru. Poprawkowy etap 24. sztafety Afryka Nowaka czas zacząć!

PS i tylko dzięki tym dodatkowym 3 godzinom byłem w stanie dziś napisać tego posta!i kilka innych, ponadplanowych rzeczy udało mi się zrobić!

* okres w życiu każdego wyjeżdżającego, poprzedzający wyjazd, zbiór zamieszania, które związane jest z wyjazdem, inaczej nazywane: "podekscytowaniem wyjazdowym", "ekscytacją przedpodróżniczą" , "Meksykiem w Sajgonie", "niedoczasem" i kilkoma innymi określeniami...

niedziela, 1 kwietnia 2012

Mijając Krainę Lewarta


"Niestety nie udało mi się pojechać w Lubelskie z rowerem... terminy warszawskie bardzo wyczerpały wolny czas i na pokaz zorganizowany przez Rowerowy Lublin dotarłem PolskimBusem - swoją drogą, dziś zdałem sobie sprawę z tego, że nigdy nie jechałem tym przewoźnikiem płacąc więcej niż 30 pln! W dodatku za miesiąc jadę ich autobusem do Wiednia... za 5 pln..."

Tak oto, przymierzałem się, trzy tygodnie temu, do napisania postu o Krainie Lewarta... do wyjazdu do Wiednia zostało mi kilkadziesiąt godzin, więc uzupełniam zaległości, bo gdy wreszcie wybrałem się z rowerem w lubelskie, to nie miałem czasu na pisanie, i zaraz pojechałem gdzieś indziej, i znów nie było czasu, ani siły... To chyba jest największy problem, że gdy się spędza cały, lub prawie cały dzień na siodełku, to później się nie chce kilku rzeczy... między innymi, nie chce się pisać;) I koniec tłumaczenia.

Wyjazd do Lubartowa odkładałem, a plany skracałem kilka razy - w końcu udało się zebrać wszystko do kupy, i w środę wsiadłem z rowerem do podmiejskiej elektriczki. Kierunek Dęblin, a później Nałęczów - już w drodze przekonałem panią konduktor by pozwoliła mi przejechać jeszcze dwie stacje dalej, bez biletu, bo stwierdziłem, że Nałęczowa i tak nie zdążę zobaczyć. Fajna sprawa była z biletami - na stronach pkp wyceniano je dość dziwnie, bo przejazd w 2 klasie był droższy od 1 (33.40/22.20). Oczywiście w tych pociągach nie ma 1 klasy. Gdy przyszło do kupowania biletu, to po pierwsze okazało się, że na stacji PKP Śródmieście nie można płacić kartą, co jest dość istotne gdy ma się w kieszeni tylko kilkanaście złotych na bułki w sklepie wiejskim, po drugie za bilet do Nałęczowa ostatecznie zapłaciłem 29.50, w tym, 5.50 za przewóz roweru...

W pociągu spotkałem przeciekawego rowerzystę, pana Zygmunta z Samogoszczy, który wciąż opowiadał o sobie, i o swoich rowerowych przygodach, a także o planach na najbliższe miesiące, bo zamierzał się dowieźć na siodełku aż nad Bajkał. Zważywszy na swoje 73 lata, będzie to przyzwoity trip - mam numer telefonu, będę się dopytywał, a może kiedyś nawet razem gdzieś pojedziemy? Pan Zygmunt planował ruszyć na początek maja, więc wtedy będę jeszcze w Algierii (inszallah), ale może plany mu się zmienią, może nie dostanie wizy do Rosji? Czasem tak się zdarza;) Chętnie bym się z nim wybrał na 3 miesiące na wschód - bo innych chętnych jakoś brakuje... ale w tym roku to już chyba się nie uda.

Od Sadurek droga była bardzo przyjemna, lekko pagórkowata, nie ruchliwa, nie licząc odcinka przy budowanym węźle trasy szybkiego ruchu S17... Wiało z boku, nieco od tyłu, bez szaleństw. Wieczorem w  Lubartowie zacnie przyjął mnie Tadzin z żoną. Wcześniej zapoznałem się bliżej z Kubą, kozłowskim Pawiem Królewskim, który ewidentnie "poczuł już wiosnę" i przez kilkadziesiąt minut pozował do zdjęć, w całej swej pawiej piękności, na tle Pałacu w Kozłówce. Kozłówka zaskoczyła mnie pozytywnie - poza sezonem, bez tłumów, można w spokoju połazić po ogrodach, parku, pogadać ze znudzonymi "przedsezonem" strażnikami muzealnymi... Ekspozycje są zamknięte, dopiero od 1 kwietnia można zwiedzać wnętrza, ale i tak najfajniejsze w Kozłówce były pawie. Odlot całkowity, wyczerpałem na nie całą baterię w aparacie (choć niektórzy będą twierdzili, że to dlatego, że Nikon...) i kartę pamięci na karcie.
Kurde, nie widziałem, że pawie potrafią wzbić się w powietrze i latać jak ptaki... takie kolorowe, latające indyki z ogromnym ogonem i skrzydłami, i drą się przy tym w niebogłosy! Nie widziałem jak latają, ale strażnik opowiadał. Kiedyś tam jeszcze pojadę, zobaczyć jak się bujają bezwładnie na gałęziach podczas snu...

Po drodze do Kozłówki przecinałem kilka szlaków rowerowych, wymalowanych, oznaczonych tabliczkami, ale niestety czasem brakowało istotnych znaków - np. na skrzyżowaniach i zmianach kierunków. Kilka z tych ścieżek ewidentnie przecina budowaną właśnie trasę S17, ciekawe czy będą tam jakieś przejazdy...

U Tadzina mogłem wreszcie w spokoju zobaczyć filmy i prezentację jaką przygotował z Tunezji - aż się łza zakręciła, nie jedna, i to nie tylko w moim oku.

Drugi dzień, to pierwszy dzień Tadka na rowerze w tym roku! Za dwa dni miał wraz z "relaksiakami" rozpoczynać sezon, coś czuję, że jeszcze w sobotę czuł naszą przejażdżkę. 50 km na pierwszy dzień sezonu - całkiem sporo.

I tu kilka zdjęć z tych dni:
SADURKI - tu czas się zatrzymał pod koniec lat osiemdziesiątych - narodowy orzeł wciąż się nie doczekał korony...
Z miejscowej gazety: "GMINA KAMIONKA Tragiczny finał piątkowego pożaru w Kamionce. W starej stodole strażacy znaleźli zwęglone ciało 70-latka."
Centrum informacyjne Lasów Kozłowieckich.
Zakazu wjazdu nie zauważyłem.

Nie było czasu na szukanie tego urządzenia, ale bardzo chętnie przekonam się następnym razem co to takiego "papaj-ciągniczek" lub może "papaja-ciągniczek"?
Pierwszy rzut oka na Pałac w Kozłówce

Krzyczący Kuba.

To na nią krzyczy Kuba. Z tonu krzyku nie wynikało by krzyczał do niej...
A ten piękniś też już czuł wiosnę - bażant złocisty, kolejny mieszkaniec Kozłówki.
I jeszcze jeden mieszkaniec ogrodów pałacowych - Włodzimierz, z Poronina.

Las Zawieprzycki, okolice Klina, pierwsze tegoroczne kilometry Tadzina!

Przystankowa wrzuta w Sernikach...
... i kolejna.
A to już Zawieprzyce, i szyld poprzednich użytkowników wzgórza zamkowego...
Pod wzgórzem zamkowym w Zawieprzycach, usypany jest kopiec, z kolumną zwieńczoną krzyżem - podobno na cześć kochanków zamurowanych w wieży zamku...

... teraz znajduje się tam między innymi Regionalna Izba Tradycji.
Wioooosna!!
Wioooosnaa!

Wiosna, wiosna, wiosna!
Wiosna!
Prąd wyłączą, więc wody nie będzie... Dziwne te Niemce...







niedziela, 19 lutego 2012

falowanie i spadanie, czyli czas rozstań i powrotów

Wieki całe tu nie pisałem!! Chyba przez to, że się działo... znajdę czas i wenę to uzupełnię treści, bo w Tunezji np. szukałem porządnego banku...


we Francji najlepszego konia:


w Angoli znalazłem spokój:


na Ukrainie spotkało mnie wszystko co najlepsze:


a w Krakowie się zakochałem!


Ostatnie dwa lata to Afryka Nowaka!!

Tymczasem kierunek Tarnów i  znów Kraków. Później Lublin... Rowerowy Lublin... Lubartów i Chełm... Wiedeń i Marsylia... będzie fajny sezon!

środa, 1 grudnia 2010

na tydzień przed wylotem do Luandy

mija zaledwie 100 dni odkąd "zszedłem" z Afryki... kończąc etap 9. sztafety nawet nie śniłem, że znów będę jechał śladem Nowaka, nie mówiąc o tym, że stanie się to 3 miesiące później...

dla zainteresowanych tu: http://afrykanowaka.pl/etapy/etap-14-angola1_5338.html znajduje się opis etapu 14. sztafetowej wyprawy śladem Kazika - nie będzie łatwo, głównie ze względu na warunki atmosferyczne - całkiem nie sprzyjające rowerzystom, będzie gorąco i bardzo wilgotno, większość trasy zaplanowaliśmy na drogi gruntowe... choć może źle się wyraziłem, nie my tę trasę planowaliśmy, 79 lat temu zrobił to za nas Kazimierz Nowak...

no i te miny... ale jesteśmy dobrej myśli, wydaje mi się, że się dobrze przygotowaliśmy do tego etapu...

poniedziałek, 8 listopada 2010

za miesiąc wylatujemy

odlot!
nie minie nawet 100 dni jak znów będę w Afryce... Angola czeka!

przygotowania nabierają rozpędu, od jutra biorę się za formę i nie chodzi bynajmniej o rozpoczęty jakiś czas temu trening mięśnia piwnego;)

dziś zaszczepiliśmy się z Jerrym przeciwko żółtej gorączce - to obowiązkowe szczepienie dla wjeżdżających do Angoli, bez niego nie dostaniemy wizy...

piątek, 8 października 2010

AAANNNNGGGGOOOOOLLLLLAAAAA!!!


Zwykły dzień w pracy Chudej, środek dnia, taki oto dialog:

Chuda: Norbert znów mnie zostawia na miesiąc... Jedzie do Angoli, szukać śladów Nowaka...
A: Na rowerze...? Przecież tam będzie zimno!!
Chuda: Zimno? Nieee, będzie ciepło...

Kilka dni później inny dialog, Chuda i O. siedzą obok siebie, dalej przysłuchująca się rozmowie A.:
O: W grudniu będziesz chciała pojechać na Study Tour?
Chuda: W grudniu nie mogę, Norbert jedzie z Afryką Nowaka do Afryki, mogę w styczniu...
na to włącza się A: Ej, no przecież mówiłaś, że jedzie do Londynu!!



Tak więc to już postanowione - długo to nie trwało i wracam za równik. Bilety kupione, wylot 8 grudnia. Trasa śladem Nowaka w Angoli nie będzie należała do najprzyjemniejszych... no ale otem potem, tymczasem mam nadzieję, że uda mi się uzupełnić teksty, zdjęcia i mapy z Zimbabwe i RPA

wkrótce więcej informacji także na stronach wyprawy: ETAP 14