sobota, 14 sierpnia 2010

Insuza - Bulawayo, piątek-sobota, 6-14 sierpnia 2010 r.



Tak, osiedliśmy tu na ponad tydzień! Zostaliśmy tak wspaniale przyjęci przez księdza Krystiana z parafii Świętego Ducha w Nkulumane, w Bulawayo, a także Maćka i Marka z Plumtree, że dostaliśmy lenia i nie chciało nam się wyjeżdżać.
Ze szpitala wyjechaliśmy stosunkowo wcześnie, jednak droga nam się strasznie dłużyła – ks. Krystian świetnie wytłumaczył drogę, trafiliśmy bezbłędnie bez fatygowania go na rogatki miasta!
Przyjechaliśmy na tyle późno, że Krystian odprawiał już wieczorną mszę, przyszedł bardzo miły pan i zaprowadził nas na plebanię, posiedzieliśmy ponad godzinę, trochę nami już miotało, bo strasznie byliśmy zmęczeni, a wcale nie wiedzieliśmy na co możemy liczyć. Piotrek dostał od nas 3 b. dobre piwa i czapeczkę dla córeczki – to prezent na 37 urodziny, skromny, bo i warunki skromne;)
Piszę to już z RPA, sporo się wydarzyło przez ten tydzień, na notatki nie było czasu...
Dostaliśmy pokoje, ale były tylko 3 łóżka. Ewa dostała pokój po Filipińczyku, drugim księdzu z tej parafii, który wyjechał na urlop do rodzinnego kraju. Piotrek dostał łóżko, bo miał urodziny – losowaliśmy z Jakubem kto dostanie łóżko. Znów źle wylosowałem. Na szczęście gospodarz dysponował jeszcze grubym materacem.
Na parafii bardzo często nie ma prądu, właściwie przez te dni może jedną pełną dobę prąd płynął nieprzerwanie. Piątku było niewiele, więc szybko się ogarnęliśmy do spania. Sobotę mieliśmy przeznaczyć na intensywny odpoczynek, czyli na „nic nie robienie” W niedzielę obiecaliśmy, że pójdziemy na mszę poranną. To było spore wydarzenie! Na koniec mszy, którą Krystian odprawiał w ndebele (!), opowiedział o nas i o Nowaku...
Generalnie byliśmy tam uziemienie do minimum czwartku, bo w poniedziałek i wtorek w Zimbabwe były święta, wolne od pracy, wszystkie urzędy miały być pozamykane, redakcje też...
Totalna sielanka! Ksiądz Krystian był na tyle uprzejmy, że pożyczał nam swoje auto, mogliśmy w każdej chwili pojechać do miasta, czy do pobliskich ruin Khami...
We worek przyjechali na parafię Maciek i Marek, motocykliści, księża werbiści z Plumtree – tu wszyscy się znają. Krystian 10 lat temu odbierał ich obu z lotniska w Harare, sam jest w Zimbabwe prawie 25 lat, wcześniej pracował w Plumtree, a na misjach prawie 30... jest kopalnią wiedzy o tym kraju, wie naprawdę bardzo dużo i chętnie się tym dzieli. Będę się starał napisać coś oddzielnego o tych świetnych ludziach – całkowicie niesamowitą pracę tu wykonują, bajka...
Marek wrócił do Plumtree, a Maciek poświęcił nam resztę dnia i pojechaliśmy do rezerwatu Matopos, na grób Cecila Rhodesa, bajka, po prostu bajka! 623 razy fajniej niż w rezerwacie Hwange... Maciek został na noc, strasznie wiało, a motorem, nocą w taką wiatrodę jechać jest b. niebezpiecznie. Wrócił do Plumtree z samego rana.
W środę po południu pojechaliśmy do Plumtree, 100 kilometrów, nieco ponad godzinę, po drodze chyba tylko jedna miejscowość . Zjedliśmy bardzo dobrą kolację, wydaną na cześć księdza Janusza, który niedługo wyjeżdża z pobliskiej Botswany do Azji południowo-wschodniej. Na kolacji był też jeszcze ksiądz Sławek, także z Botswany (obaj przyjechali specjalnie na tę okazję), oraz przełożony ich wszystkich, ksiądz Tadeusz, z Bulawayo. W Plumtree, jest studio nagrań i małe obserwatorium astronomiczne... Odbyliśmy więc krótką sesję instrumentalno-wokalną, popatrzyliśmy na księżyce Saturna i na niego samego – Maciek skopiował nam kilka kilogramów miejscowej muzyki i musieliśmy ruszać z powrotem do Bulawayo , bo Krystian rano miał odprawiać mszę – było tak zimno, że akumulator odmówił współpracy i musieliśmy zapalać Transportera na zaciąg...
Środa była bardzo intensywna, bo przed południem udaliśmy się do miasta, ale okazało się, że burmistrz jest na urlopie i jednak nas nie przyjmie... poszliśmy za to do redakcji miejscowej gazety, Bulawayo Cronical, w której w 1934 roku ukazał się artykuł Kazika! Spytaliśmy czy mogą nam udostępnić archiwalny numer. W czwartek mieliśmy go w ręku! Artykuł był z czerwca, przeszukaliśmy więc dzień po dniu wydania wstecz mając nadzieję, że ukazała się jeszcze jakaś wzmianka o Nowaku tuż po przyjeździe, na początku 1934 roku, niestety, nic nie znaleźliśmy. W środę zdążyliśmy także odwiedzić miejscowego arcybiskupa, hindusa, Andy'ego – bliskiego znajomego Krystiana – znaleźliśmy też świetne miejsce dla tabliczki „nowakowej”, tuż przy katedrze...
W czwartek jak już wspomniałem jeszcze raz redakcja i na piątek umówiliśmy się z fotografem na sesję zdjęciową – zrobią artykuł o Nowaku i sztafecie!!
W piątek na wieczór przyjechał jeszcze raz Maciek – koniecznie chciał nas zaprowadzić do miejsc gdzie można posłuchać lokalnej muzyki, trafiliśmy więc do klubu przy kortach tenisowych gdzie grała m.in. kapela trójki starszych murzynów... całkiem fajnie wymiatali. Szkoda, że się nie dogadaliśmy, bo wcześniej w innym klubie był „otwarty mikrofon” , ale niestety nie zdążyliśmy tam...
Zaplanowaliśmy wyjazd z parafii około 13tej w sobotę, gotowi byliśmy na 14 z minutami – postanowiłem, że nie jadę już dziś w stronę granicy, całkiem bez sensu wydawało mi się gnanie przez 3-4 godziny, do zmroku, wcześniej jeszcze jakieś zakupy powinienem zrobić, zatrzymać się w mieście... Pozostała trójka pojechała, po 19tej byli 55 km od Bulawayo, kiblowali w jakimś klubie krykieta.
Do 9pm nie było prądu, dlatego upiekliśmy sobie z Krystianem mięso na kominku... Jutro będę gonił ekipę;)

Pobyt w Bulawayo był naprawdę nieprawdopodobny, to całkowicie inny świat, nie zdawałem sobie sprawy z tego jak trudne jest tu życie, a jak jednocześnie można być tu szczęśliwym.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Lupane - Insuza, czwartek, 5 sierpnia 2010 r.


Dziś trafiliśmy do szpitala. Na nocleg. Po przejechaniu ponad 90 km zastał nas zmrok i dojechaliśmy do małej osady o nazwie Insuza, oprócz kilku sklepów z Chibuku był tu tylk oszpital – tam skierował nas, nie kto inny jak policjant, pijany oczywiście, ale twierdził, że jest już po służbie.
Po drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze, gdzie odważniejsi z nas zamówili sobie sadzę z guru (to chyba żołądki kozy...) - jeszcze bardziej odważni ośmielili się to zjeść. Jakub zjadł dwie porcje...
W szpitalu rozbiliśmy namioty tuż przy „porodówce” - obskurnym budynku, przed którym siedziało kilka ciężarnych kobiet czekając na poród. Rano przyszły jeszcze dwie, w bardzo zaawansowanej ciąży. Z walizkami na głowach... narodził się więc nowy dowcip o babie i lekarzu:
„Przychodzi baba do lekarza z walizką na głowie i lekarz się pyta: Co pani jest? A baba na to: Będę rodzić!”
Poszliśmy jeszcze po piwo, by zakwasów nie było w mięśniach w dolnych częściach ciała – napatoczył się więc wspomniany policjant i w ramach podziękowania postawiliśmy mu jedno piwo!
Jutro będziemy w Bulawayo – zostało około 90 kilosów.

środa, 4 sierpnia 2010

Gwaai-Mpindo-Lupane, środa, 4 sierpnia 2010 r.



Nad ranem, a właściwie w nocy, zewsząd gardła zdzierały koguty!
Rano poprosiliśmy naszego gospodarza o wrzątek, zalaliśmy sobie szybkie zupki z gotowanymi jaja,mi które przygotowaliśmy w Lupane. W ciągu godziny oporządziliśmy się do drogi, ale zewsząd schodzili się wujkowie, stryjkowie i inna rodzina naszych gospodarzy. Wczoraj chwilę pogadaliśmy z Khulenim, ma 22 lata, całkiem dobrze mówi po angielsku – ustaliliśmy, że dom w którym mieszkaliśmy rzeczywiście należy do niego, ale dostał go wraz z babcią, którą się opiekuje, starsza pani prawie wyłącznie porozumiewa się w ndebele. Nie jest tak stara by pamiętała Nowaka, pochwaliła się nam dowodem osobistym, urodziła się w 33 roku!! Tuż przed naszym wyjazdem przyszedł jej brat, przyszedł z motyką, bo szedł na pole, przywitał się z nami bardzo życzliwie, widać było, że jest dumny że odwiedziliśmy jego rodzinę, wypalił skręconego papierosa, uprzejmie się pożegnał i poszedł w stronę sklepu, spotkaliśmy go jeszcze raz, bo oczywiście znów musieliśmy jechać na zakupy...
Na koniec przyszedł kolega Khuleniego, widać było, że najbardziej interesuje go czy dostał od nas jakieś pieniądze – rzeczywiście daliśmy mu 5 baksów za gościnę, ale w taki sposób, by tamten koleś tego nie widział.
Z tego poranka warto odnotować jeszcze, że Ewa koniecznie musiała umyć włosy, poprosiła więc o ciepłą wodę i przed namiotami, przy pomocy Jakuba jako polewaczki umyła głowę...
Przed wyjazdem Piotr szczegółowo opowiedział po co tu przyjechaliśmy, wszyscy z niedowierzaniem słuchali o Nowaku i o naszej nocnej jeździe przez busz...

Na nas wszystkich Khuleni wywarł nieprawdopodobne wrażenie, był bardzo zrównoważony, taki spokojny i uprzejmy – całkiem nie pasował do miejsca w którym mieszkał...

Ruszyliśmy do Mpindo, szukać śladów tartaku należącego do litewskiego żyda – droga okazała się bardzo przyjemna – do stacyjki dojechaliśmy przed południem. Po tartaku oczywiście nie było śladu, zlokalizowaliśmy jednak miejscową szkołę, w której za namową dyrektora odprawiliśmy szybką lekcję o Kaziku, słuchaczami byli miejscowi nauczyciele. Dziś był ostatni dzień roku szkolnego w Zimbabwe, jutro zaczynają się wakacje... a my mamy w sakwach jeszcze kilkaset długopisów;(

Znów nie najlepiej mi się jechało, nie wiem co się dzieje... No i oczywiście jako jedyny złapałem gumę. Masakra.

Do Lupane wróciliśmy już po zmroku, ja z pół godziny po reszcie, naprawdę źle mi się jechało.

Jutro ruszamy w stronę Bulawayo – prawdopodobnie zatrzymamy się u polskich werbistów, Agnieszka bardzo sobie chwaliła ich gościnność;)

wtorek, 3 sierpnia 2010

Lupane-Gwaai, wtorek, 3 sierpnia 2010 r.





Rano spakowaliśmy Hahannę, zostawiliśmy przyczepki i większość bagażu w magazynku w Lupane Woman Centre – wcale mi się nie podobał pomysł wracania tu za dzień czy dwa, wolałbym od razu jechać dalej, no ale Piotr i reszta się nieco upierali... Odprowadziliśmy Agnieszkę na stację benzynową i wróciliśmy po rowery, gdy przejeżdżaliśmy obok, po niecałych 30 minutach, Agi i Hahanny już nie było – zabrała się jakimś minibusem do Bulawayo.
Znów zrobiło się strasznie późno, mieliśmy do przejechania około 50 km, z tego tylko ze 4, na samym początku, po asfalcie, nie liczyliśmy na asfalt do Gwaai.
Droga rzeczywiście nie była najlepsza, ale i tak o niebo lepsza niż ta która jechaliśmy od Kennedy'ego – tarka co prawda, ale prawie wcale piachu. Ruch zerowy, tylko ze dwa samochody nas mijały, kilka wozów zaprzęgniętych w osiołki, sporo chat murzyńskich.
Jechało mi się strasznie, myślałem, że się szybko przestawię na nowy rower, a tu dupa – kilka razy regulowałem siodełko, kierownicę. Hamulec tylny nieco trzymał, no ale przerzutki działały bez zarzutu, dało się wcisnąć pedały, bo łańcuch nowy, ale co z tego skoro nogi nie podawały!
Kilka kilometrów przed Gwaai zaczął się znów asfalt! Okazało się, że taka droga jest aż do Bulawayo, bez sensu, że zostawiliśmy rzeczy w Lupane, mogliśmy zrobić fajną pętlę bocznymi drogami, a tak musimy się wracać do głównej drogi... W Gwaai Ewa z Jakubem pierwsze co zrobili to zorientowali się gdzie jest sklep – trzeba było jechać prawie 5 kilosów, na wzgórze. Fajnie było napić się zimnej coli, ale znów było późno i nie bardzo mieliśmy gdzie spać! Zagadał nas pijany policjant po cywilnemu, tu po 18tej wszyscy policjanci są pijani, był bardzo uprzejmy, przyjazny i chętny do pomocy – zaprowadził nas na tył jednego z bardzo głośnych sklepów z Chibuku, tu mogliśmy rozbić namioty. Miejsce trochę za głośne dla nas i bardzo blisko wychodka... Postanowiliśmy zawrócić do wioski – kilka kilometrów wcześniej zagadał mnie młody chłopak, fotografowałem jego dom i zaprosił byśmy przenocowali się u niego.
Znaleźliśmy go i rzeczywiście mogliśmy rozbić namioty w jego zagrodzie. Zanim rozbiliśmy namioty szybko oprowadził nas po domostwie. Dom ndebele składa się z kilku oddzielnych, okrągłych domków, które pełnią własne funkcje, coś jak u nas pokoje. Mamy więc domek.pokój, który jest kuchnią, jest sypialnia babci, jest i sypialnia naszego gospodarza, Khuleniego – w pokojach bardzo skromnie, na ścianach Khuleniego wiszą strony z kolorowych gazet z muzykami, piosenkarkami i modelkami – jest też sporo elementów rasta i zdjęcia Boba Marleya, Khuleni ma długie, bardzo fajne dredy... Zimbabweński Bob Marley;) Gdy rozkładaliśmy namioty poprosił Piotra by przestawił nieco namiot, bo się rozbił w przejściu do ubikacji;)
Wypiliśmy po piwku, które wiozłem jeszcze z Lupane, dostaliśmy sadzę z jakimś sosem, całkiem smaczne, choć jak zawsze nieco za suche. Przed posiłkiem przyniesiono nam wodę do umycia dłoni, jedliśmy palcami.
Bardzo byliśmy zadowoleni, że znaleźliśmy taki nocleg.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Camp Selous - Lupane, niedziela/poniedziałek, 1/2 sierpnia 2010 r.







Niedziela, 1 sierpnia.
Choć mieliśmy wyjechać skoro świt zebraliśmy się do drogi dopiero około 11tej – tu w Zimbabwe wszystko się robi „około” - trudno od miejscowych uzyskać konkretną, jednoznaczną odpowiedź w kwestii odległości, przekonaliśmy się o tym niejednokrotnie. Dziś np. Gerard (młody szef Camp Selous) podpowiedział nam drogę, która miała nas szybciej doprowadzić do Gwaai River, szlak miał być też mniej piaszczysty od tej wczorajszego. No i jakieś 2h go przeklinaliśmy, bo pewnie chciał dobrze, ale droga wcale nie była mniej piaszczysta, wręcz przeciwnie – poruszał się nią pewnie samochodem z napędem na 4 koła i nie dostrzegł, że nie dość, że była piaszczysta to jeszcze bardzo stroma... Do miejscowości Gwaai River dojechaliśmy po prawie 2h – 12 kilometrów... Jest wreszcie asfalt, ale nie ma zasięgu GSM – do Lupane, kolejnej większej miejscowości, mamy ponad siedem dych, przed zmrokiem na pewno nie dotrzemy.
Po kilku godzinach wjechaliśmy wreszcie w zasięg komórek, przyszły smsy od dziewczyn – czekają na nas w Lupane, w ośrodku Lupane Woman Centre.
Dotarliśmy tam po 21, od popołudnia był tam też Jakub, nocował kilkanaśćie kilometrów za Gwaai River, na misji, od przyjazdu do Lupane zdążył zająć wszystkie łóżka w pokoju rozkładając wszędzie swoje rzeczy... Dziewczyny zamówiły nam wcześniej kolację, teraz ją podgrzały – nie jedliśmy nic porządnego od Main Campu. Padliśmy jak muchy.




Poniedziałek, 2 sierpnia.
Rano zdecydowaliśmy się zostać tu jeszcze jedną noc, przyda nam się jeden dzień odpoczynku od „nowakowej” drogi. Jutro Agnieszka będzie musiała pojechać transportem kołowym do Bulawayo, musi zdążyć na samolot do Polski, do Johannesburga zabierze też Hahannę, od jutra będę jechał Brennaborem. Jest plan by jutro zostawić większość sakw i pojechać boczną drogą do torów kolejowych przy osadzie Gwaai (to nazwa stacji kolejowej, Gwaai River to zupełnie co innego), jakieś 50 kilometrów – chcemy się tam przenocować i rano spróbować dotrzeć do Mpindo lub do Teaklandu – to dwie miejscowości które odwiedził Nowak, jutro się okaże co i jak, dziś się relaksujemy i regenerujemy...

sobota, 31 lipca 2010

Malindi – Camp Selous, sobota, 31 lipca 2010 r.







Noc była b. ciekawa – najpierw odwiedził nas zwierz jakiś, strasznie hałasował w pomieszczeniu z rowerami. Zaczął od wylizania puszki po fasoli, później zlokalizował zgubioną przez Piotra zupkę chińską i zjadł makaron, wraz z ostrą przyprawą – było mu mało więc dobrał się też do opon. Przepędziłem go w końcu, ale z nie mogłem usnąć. W środku nocy przyjechał pociąg, zatrzymał się na stacyjce i zostawił ludzi – słyszeliśmy głosy i kroki w pobliżu naszego baraku, na szczęście nie zlokalizowali nas – byłoby pewnie niezłe zamieszanie...
Dzień zaczęliśmy od łatania dętek... Jakby znalazł sprawny kran z wodą, zjedliśmy śniadanie. Gdy wreszcie zebraliśmy się w komplecie na torach rozpoczęła się gorąca, choć krótka dyskusja dokąd jechać. Czy wrócić do bramy wjazdowej do rezerwatu i asfaltem pojechać do głównej drogi i dalej do m. Gwaai River. Czy może ciąć dalej torami do stacyjki Kennedy i stamtąd skierować się drogą do Gwaai River... Ostatecznie Jakub podjął męską decyzję i postanowił zawrócić. My z Piotrem stwierdziliśmy, że nie lubimy wracać po własnych śladach i skierowaliśmy się na wchód, by próbować znaleźć w Kennedym drogę prowadzącą do głównej szosy.
O tym fragmencie naszej drogi nie chciałem się za bardzo rozpisywać, ale nie da się tego opowiedzieć w dwóch zdaniach...
Drogę z Malindi do Kennedy'ego na pewno przemierzył Nowak, odcinek który przejechaliśmy wczoraj z resztą także, a także ten fragment wzdłuż torów od Dete... Z tym, że z Dete obecnie prowadzi asfalt, a dalej do Mailindi to „tylko” 11 kilometrów...
Dziś mieliśmy przed sobą ponad 20 km prostego jak drut szlaku wzdłuż linii kolejowej oraz 32 kilometry, niewiadomej jakości drogą do Gwaai River. Nowak nocował w Mailindi, a kolejną noc spędził w opuszczonej chacie około stacyjki INTUNDHLA, jakieś 15-20 km od Kennedy'ego.
Ruszyliśmy przed 11tą, po niecałym kilometrze skończyła się utwardzona droga obok torów, zaczął się piach, weszliśmy więc na nasyp i po 2-3 km (jadąc ślimaczym tempem) złapaliśmy po kilka „kapeluszy”. Dojechaliśmy do jakiejś przepompowni wody – jedynego cywilizowanego miejsca od bramy rezerwatu – za namową dwójki pracowników „przenieśliśmy” się z powrotem na szlak wzdłuż torów. Szybkie łatanie dętek i po 500 metrach zaczął się znów piach. Tym razem postanowiliśmy wrócić na tory i dalej już pieszo przemieszczać się w stronę horyzontu. Musieliśmy pchać rowery po podkładach, bo to było najbezpieczniejsze dla naszych opon, wszędzie w koło czyhały na nas całe kolonie „kapeluszy”. Na drodze stawały nam żyrafy, słonie i jakieś antylopy... około 3-4 km przed Kennedy'm zrobiło się całkiem ciemno. I straszno! Wzrok płatał nam figle – co rusz widzieliśmy na skraju buszu hieny, lwy i inne zwierzęta... słuch jednak był bardziej ostry – co chwila dochodziły nas niepokojące odgłosy z buszu. Adrenalina pozwalała śmiało pchać rowery do przodu. Natrafiliśmy na przejazd kolejowy...
Pierwotny plan zakładał, że na przejeździe zrobimy sobie dłuższą przerwę i podgrzejemy sobie jakieś porządniejsze jedzenie, ile można jechać na śniadaniu i ciastkach? Wokoło było już całkiem ciemno, a nam wciąż pozostawało ponad 30 km do najbliższej osady... co rusz pomruki i wycia. Nawet nie wspomnieliśmy o jedzeniu, szukając czołówki, tuż za moimi plecami ryknął lew i w taki oto sposób nasze baterie zostały natychmiast naładowane – kolejne 5 km przebyliśmy prawie bez zatrzymywania. Droga była straszna! Ciemno, piach, męcząco, zimno, ale chłodu nie czuliśmy, parliśmy do przodu – jadąc i pchając rowery. Co kilkadziesiąt metrów Piotrek używał swojej trąbki rowerowej (mówi o niej miniwuwuleza) – profilaktycznie trąbił dla odstraszenia dzikich zwierząt!
Podczas tego dnia bardzo wyraźnie czuliśmy jak nieprawdopodobnie trudną drogę miał Kazimierz Nowak, bo piachu było tyle samo, rower nie mniej ciężki, dzikich zwierząt na pewno nie mniej, a Nowak przecież był sam, przemęczony, zdany na samego siebie i na łaskę i niełaskę spotykanych ludzi. My mamy wspaniałe rowery, sprawdzony ekwipunek, mijamy studnie, możemy sobie zagotować strawę bez potrzeby rozpalania ogniska. Te dni będę pamiętał bardzo długo.
Mniej więcej po 10 kilometrach natrafiliśmy na całkiem wypalony, jeszcze tlący się, busz. Oczy łzawiły od dymu, cisza grobowa, żadnego życia w promieniu kilku kilometrów, przynajmniej mieliśmy pewność, że nic na nas z lasu nie wyskoczy! Kolejne kilometry, piach i pchanie, sił coraz mniej. Wreszcie z przeciwka nadjechał traktor z przyczepą wypełnioną ludźmi. Kierowca z niedowierzaniem słuchał skąd przybywamy i dokąd zmierzamy. Polecił nam za 10 km skręcić w prawo do Campu – jak się później okazało prowadzi go jego siostrzeniec. Na koniec przypomniał nam, że droga jest b. niebezpieczna i dał nam po wizytówce.
Po niecałych 10 kilometrach zobaczyliśmy światła na wzgórzu przed nami, za jakiś czas skręciliśmy do zabudowań – siły wróciły. Przywitał nas zszokowany pracownik, po chwili przyszedł „szef” - opowiedzieliśmy mu, że od lwów odganialiśmy się miniwuwuzelą, że jedziemy z Malindi, i że godzinę temu spotkaliśmy miłych ludzi, którzy skierowali nas tu – okazaliśmy się wizytówkami. Poprosiliśmy o wskazanie miejsca gdzie moglibyśmy rozbić namioty, a on na to, że da nam pokój... Zaprowadzili nas do pięknej chaty, z łóżkami, wanną i prysznicem, ubikacją i prądem... W Camp Selous ugoszczono nas za darmo! Położyliśmy się po północy – telefony reszty ekipy nie odpowiadały. Jeden z pracowników twierdził, że dziś widział w Gwaai River dwie białe dziewczyny na rowerach, Jakuba nie widział.
Pchając i jadąc przebyliśmy dziś ponad 40 kilometrów.

piątek, 30 lipca 2010

Guvulala – Main Camp - Malindi, piątek, 30 lipca 2010 r.








Rano były słonie... ale tylko Yoyoi i Piotr je widzieli, przez chwilę, bo spłoszyły je nasze pokasływania i poranne odgłosy, głównie przekleństwa w związku z zaistniałą sytuacją atmosferyczną. W nocy było bardzo zimno, ale na szczęście mrówki nie dały nam się we znaki, chyba po prostu i im było nieco za zimno. Po kanapkowym śniadaniu wsiedliśmy do samochodu i wolno ruszyliśmy na „poranne safari”. Było może 10 stopni Celsjusza, słońce bardzo nisko, wszyscy znów niemiłosiernie zmarzliśmy... w dodatku po godzinie jazdy dostrzegliśmy gdzieś na horyzoncie ze trzy żyrafy, zero słoni, kilka stad gazeli i trzy guźce, płoche jak sarenki. Totalnie bezsensowne wydane pieniądze.
W Main Campie zjedliśmy „lepsze” śniadanie i około 10tej byliśmy prawie gotowi do dalszej drogi, już na rowerach, które przechowaliśmy w jednym z domków kempingowych. Dziewczyny znów (sic!) POJECHAŁY PIERWSZE, do skrzyżowania z główną drogą do Bulawayo.
A my odnotowaliśmy po 2 kilometrach pierwszą awarię – złapałem gumę w dętce, którą Piotr zmieniał jeszcze w VicFalls – obręcz nie posiadała żadnego zabezpieczenia, goły metal bezpośrednio stykał się z dętką, całkiem przetartą dętką. Ze 20 minut nalepiałem taśmę zabezpieczającą wewnątrz obręczy, potem pompowałem – to był początek moich przygód z łataniem dętek...

Tuż za bramą parkową, za szlabanem, zatrzymaliśmy się by w skupieniu rozważyć możliwość pojechania na „Nowaka” wzdłuż torów do Malindi, stacyjki, która była nocnym schronieniem dla Kazika 80 lat temu. Wydało nam się, że 11 kilometrów jakie wskazywał „drogowskaz” to nic wielkiego – zastanawialiśmy się krótkie kilka minut, dziewczyny znów gdzieś daleko, my bez zasięgu GSM. Tniemy!
Początek drogi był dość obiecujący, niecały kilometr fajnej drogi – potem już tylko piach i piach , przenieśliśmy się więc na nasyp wzdłuż torów, którym to z lewej lub prawej cięliśmy jakieś 10 kilosów... 3 km przed Malindi i jakieś 60 minut przed zmrokiem cała nasza trójka, więc łącznie 8 kół, wjechaliśmy w dziwne owoce pnączy rosnących wokół torów – ochrzciliśmy je: kapelusze. Tak więc kapelusze wbijały się dwoma kolcami w opony, całymi stadami. Zanim zorientowaliśmy się skąd się biorą kapelusze udało nam się nimi kilka razy naszpikować nimi opony... Najpierw winą obarczaliśmy słonie, a właściwie ich kupy, których mijaliśmy dziesiątki – stwierdziliśmy, że słonie żywią się jakimiś owocami, które mają właśnie kapeluszowate „pestki”. Dopiero następnego dnia zlokalizowaliśmy naturalne środowisko największych wrogów opon rowerowych naszego etapu.
Piotr uporał się najszybciej ze swoimi dziurami i popędził w stronę ciemniejącego horyzontu, szukać odpowiedniego miejsca na nocleg. Gdy Jakub uporał się ze swoimi kołami było już prawie całkiem ciemno. Z czołówką na głowie ruszyłem pierwszy, szczęśliwie nie natrafiliśmy na kolejne kapelusze, wpadłem jednak na sakwę zgubioną przez Piotra! Musiał dobrze naciskać! Wkrótce zaczęło się do nas zbliżać z przeciwka światełko – to Piotr szukający sakwy. Rower zostawił przy jakiś blaszanych barakach – to będzie nasze schronienie na dzisiejszą noc. Wokół żywej duszy, żadnego ogniska, światła latarni. Nic.
Baraków było kilka, w jednym z nich rozbiliśmy namioty i ustawiliśmy rowery. Po szybkiej kolacji położyliśmy się spać – całkiem nas zajechał dzisiejszy dzień!