czwartek, 29 lipca 2010

Dete – Main Camp - Guvalala, czwartek, 29 lipca 2010 r.



O 6:30 mieliśmy iść na mszę celebrowaną przez naszego gospodarza – nie daliśmy jednak sobie rady ze wstaniem tak wcześnie, choć próby podejmowaliśmy. Dwukrotnie. Gdyby nam się udało to byłoby to chyba najważniejsze wydarzenie w miejscowej parafii od dłuższego czasu... Poranna msza jest odprawiana głównie dla tutejszego zgromadzenia sióstr zakonnych – podczas śniadania mieliśmy okazję poznać dwie z nich. Uwagę naszą zwróciło to, że tak jak proboszcz tak i siostra przełożona była solidnych rozmiarów, by nie powiedzieć otyła... Owa siostra i ksiądz byli pierwszymi grubymi Zimbabweńczykami jakich widziałem.

Zebraliśmy się znów późno – do miejsca gdzie dojechały dziewczyny mieliśmy około 20 km, asfaltem. HAHANNA sprawia mi coraz mniej przyjemności. Przerzutki działają lub nie, hamulce co jakiś czas trzymają, rozciągnięty łańcuch przeskakuje gdy tylko mocniej wciskam pedały, brak gumy na rączkach powoduje otarcia dłoni. Generalnie: masakra...




Do Main Campu dotarliśmy dopiero około 13tej – kwatera główna Rezerwatu Hwange znajduje się około 7 km od strzeżonego szlabanu, dalej można wjeżdżać już tylko samochodami – po tej części rezerwatu mogą poruszać się tylko uczestnicy sztafety Afryka Nowaka;)

Ewa i Aga dotarły tu wczoraj, przez większość drogi nie miały zasięgu GSM, nie mogłu więc nam napisać, że nie jada przez Dete, ale nieco prostszą drogą bezpośrednio do Main Campu – dostały tylko jednego esemesa, w którym pisałem, że mamy problem z przyczepką – bały się, że droga z DETE będzie szutrowa... eh

Przekroczenie bramy rezerwatu kosztowało 20$, chyba, że zaraz byśmy zawrócili. Wszyscy oprócz mnie upierali się by za 70$ pojechać na noc do rezerwatu. Całkowity absurd! Nie wiem skąd u nich to przekonanie, że nocleg na platformie obserwacyjnej i poranne safari będą wartym zapamiętania przeżyciem...

Wyjechaliśmy około 16:30 – w stronę zachodzącego słońca. Spotkaliśmy kilka żyraf, ze dwa słonie i w oddali widzieliśmy uszy hipopotama wystające z oczka wodnego, natknęliśmy się też na jakieś antylopy...aaa, no i jeszcze były zebry... i jeszcze takie fajne ptaki z wielkimi dziobami... ale światło było już tak słabe, że zdjęć się nie dało robić. Mieliśmy jeszcze nadzieję, że obok platformy spotkamy obiecane słonie przy wodopoju. Dojechaliśmy totalnie przemarznięci – auto na safari posiada kabinę kierowcy oraz dwa rzędy zagąbkowanych siedzeń na „pace”, bez dachu... Było może 10 stopni, ale my czuliśmy się jakby było nieco ponad zero... Na nocleg w buszu wybrała się z nami, poznana przez dziewczyny, Japonka! Gdy wyskoczyliśmy z samochodu wydała nam się jeszcze mniejsza niż w rzeczywistości – jakby chłód ją jeszcze dodatkowo skurczył!
Kierowca pojechał po drewno na ognisko, my w tym czasie zaczęliśmy po raz pierwszy okazywać niezadowolenie z miejsca, w którym przyjdzie nam spędzić zimną noc – podłoga i poręcze platformy były zajęte przez miliony mrówek... W ciemnościach słonie tylko słyszeliśmy, czasem zamajaczył duży cień – księżyc wzejdzie za około 2-3h, mimo, że do słoni mieliśmy niecałe 40 metrów nic nie było widać... No nic... może rano;)
Zjedliśmy odgrzany ryż z kurczakiem, posłuchaliśmy jak Japonka gra na zimbabweńskim instrumencie o nazwie MBIRA. Tak naprawdę przyjechała do Zimbabwe z powodu tego instrumentu – w JPN uczy się na nim grać u Zimbabweńczyka, ma też swój zespół: ROVAMBIRA.
Zebraliśmy się do spania około 23, czeka nas 7 godzin „snu”. Jest zimno, potwornie zimno, wszędzie wokół mrówki, nie mam pewności czy nie wejdą jednak do namiotów... Położyłem się spać we wszystkim co miałem ze sobą, zostawienie w RP cieplejszego śpiwora nie było najmądrzejsze...

środa, 28 lipca 2010

Hwange- Dete, środa, 28 lipca 2010 r.



Trzeci dzień z rzędu będę spał w łóżku! 70 km do Dete zrobione, górki porządniejsze się zaczęły. Startowaliśmy z niecałych 750 metrów, a jesteśmy na ponad 1100. Teren pagórkowaty, konsekwentnie wznoszący się w stronę celu naszej dzisiejszej jazdy. Zagrody murzyńskie z lewej, z prawej, ogromne baobaby, tylko dzikich zwierząt brakuje;)
Dziś znów się rozdzieliliśmy – dziewczyny pojechały ze dwie godziny wcześniej twierdząc, że i tak je dogonimy, a one nie mogą patrzeć jak pakujemy. Bardzo źle, że im pozwoliliśmy – w sumie droga prosta, na pięćdziesiątym kilometrze skrzyżowanie głównej drogi VF-Bulawayo z także asfaltowym duktem do Dete, jednakże trasa nie była krótka i wydarzyć się mogło wiele... zaczęło się kilkaset metrów od Don Bosco, szybka poprawka osakwowania przyczepki, potem drugi raz, kolejne dziesiątki minut uciekały, i dziewczyny też.
Gdy dojechaliśmy do skrzyżowania minęła 16:30, dziewczyn nie było, a niepokojące było także to, że kilka osób twierdziło, że nie skręciły w prawo do Dete, ale pojechały prosto! No, ale nic to, umówiliśmy się w Dete, musieliśmy tam jechać, nie zawsze można wierzyć w to co mówią miejscowi. Podjazdy nieco złagodniały, ale i tak dojechaliśmy tuż przed 18tą – dziewczyn tu nie widziano! Strasznie byliśmy wkurzeni, że tak pędziliśmy, bo skoro pojechały sobie gdzieś indziej to niepotrzebnie gnaliśmy, mogliśmy się zatrzymać w jednej z mijanych zagród murzyńskich. Znów bardzo szybko zrobiło się ciemno – niebo zachmurzone, gwiazdy i księżyc świeciły gdzieś tam wysoko, ale nie nam. Dojechaliśmy do torów, po lewej stacja kolejowa, może tam się przenocujemy? O kawałek trawy pod namioty spytaliśmy jeszcze w miejscowym „zajeździe”, 10$ od osoby! Wyśmialiśmy człowieka i wróciliśmy do początku osady, do katolickiego kościółka. Parafia oświetlona, wewnątrz słychać domowe odgłosy, ale mimo kilku minut krzyczenia i hałasowania nikt do nas nie wyszedł. Jakub przeskoczył ogrodzenie, zastukał w okno – wreszcie pojawiła się postać w oknie, a później w drzwiach. Ksiądz najpierw nieśmiało przysłuchiwał się naszej historii, po chwili otworzył bramę i zaprosił nas na teren parafii – chcieliśmy tylko gdzieś bezpiecznie móc rozłożyć namioty, on jednak zaproponował nam wolny pokój z dwoma łóżkami. Nie odmówiliśmy! Piotr spał na podłodze. Rowery wewnątrz. Umyliśmy się nieco, a nasz czarnoskóry gospodarz i adept duszpasterstwa ugościli nas skromną kolacją. Wpierw krótka modlitwa, potem sadza, kawałek kości z odrobiną mięsa i sosem, podgrzana fasola z puszki, sok... skromnie, bardzo skromnie – ale jak dla nas i tak była to uczta!
Przed zaśnięciem pozwoliliśmy sobie jeszcze na chwilę przekazanie nowakowej historii proboszczowi, zadzwoniliśmy też z z tel satelitarnego do Ewy – siedzą bezpieczne na Kempingu w Main Camp, one przynajmniej są w zasięgu GSM. Spotkamy się jutro rano...

wtorek, 27 lipca 2010

Hwange, „Dzień spawacza”, wtorek, 27 lipca 2010 r.





Na pewno się tu ogolę!
Rano poszliśmy na apel poranny, przed rozpoczęciem nauki uczniowie stają w rządkach przed wejściem, 15 minut gadki od przełożonych, a dziś połowa to „nowakowa” indoktrynacja. Zwiedziliśmy szkołę, oprowadzała nas Benia – zaczęła od swojego królestwa, biblioteki, potem zobaczyliśmy przyzwoicie wyposażoną salę komputerową, szwalnię, dużą aulę i ogromny, zadaszony plac ze sceną – na specjalne imprezy i okoliczności, np. na wesela...
Don Bosco Technical College w Hwange edukuje prawie setkę uczniów, którzy pobierają naukę w trzech kursach: informatycznym, krawieckim i budowlanym. Kursy są dwuletnie, płatne, choć jeśli uczeń nie ma na czesne może przychodzić w soboty i pracować na rzecz misji. Szkołę prowadzi o. Tresford Chota, Zambijczyk, rektor i opiekun dwóch parafii, pomagają mu Czech – br. Franciszek oraz jeszcze jeden Zambijczyk br. Muza. Do połowy sierpnia w Don Bosco pracować będą polscy wolontariusze, Benia, która zajmuje się szkołą i oratorium, Danusia, która realizuje projekt adopcji na odległość dzieci z HIV, prowadzi też oratorium, Piotr buduje ze „swoimi” chłopakami co tylko się da i na co da kasę br. Franciszek (szpital, nowe klasy...). Sporo zdjęć z misji salezjańskiej można oglądnąć tu: http://picasaweb.gmail.com/danus.ziel
Danusia mówi: Hwange jest piękne, a nasze dzieci są najmądrzejsze. Cała trójka jest tu od sierpnia zeszłego roku – masa pracy, masa czasu i wiele dobrego!
Kombinowaliśmy aby jutro o świcie pojechać salezjańskim autem do rezerwatu Hwange, ale w końcu nic z tego nie wyszło.
Po 13tej, Maestro, najbystrzejszy z bystrych „chłopaków” Piotra zespawał nam przyczepkę, trochę krzywo, ale „się kręci”!
Na wieczór dziewczyny przygotowały ciasto bananowo-orzechowe i odświętną kolację – całkiem niesamowity wieczór. Siedzieliśmy chyba północy, mimo, że Danusia z Piotrem przed 5 ruszali po duże zakupy do Bulawayo... Dziś poznałem naprawdę wspaniałych ludzi, oddanych swej pracy, zaangażowanych i pełnych energii do pomagania innym. Mam nadzieję, że uda nam się spotkać po powrocie do RP!

Jutro rano wsiadamy na rowery i kierujemy się w stronę Dete, miejscowości, którą odwiedził Nowak – docelowo chcielibyśmy jednak odwiedzić Rezerwat Wankie, ale może nam się nie udać wjechać tam rowerami, choć może kawałek za bramę do Main Campu nas przepuszczą, zobaczymy jutro.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Lubangwe - Hwange, poniedziałek, 26 lipca 2010 r.

Ostatnią noc spędziliśmy w domu nauczycieli, mąż pracuje w szkole w Matetsi, żona w miejscowej szkole. Do pracy wyszli chwilę po 7 rano – my tuż później zjedliśmy chińskie zalewajki, sklarowaliśmy rowery i czekaliśmy aż ktoś po nas przyjdzie i zaprowadzi do szkoły. Chwilę po 10tej pojawił się nauczyciel (sąsiad ;)).


W szkole dziatwa przyjęła nas owacyjnie, było naprawdę bardzo przyjemnie! Dzieci słuchały opowieści o Nowaku, o sztafecie – cierpliwie i z zainteresowaniem... Na koniec „wbiliśmy” w ich zeszyty wyprawową pieczątkę i odbyliśmy bardzo hałaśliwą sesję fotograficzną. Pojechali!

Nie dalej jak 3 kilometry od dzisiejszego startu, Ewa przypomniała sobie, że chciałaby pobić rekord w ilości dziur w dętkach...Tym razem koło naprawił Piotr. 10 km dalej przetarły się szybkozłączki trzymające w kupie przyczepkę... Woda pitna miała smak ogniska. I znów pojechali!
Kolejne kilometry pokonywaliśmy prawie bez przystanków, kilka przed miastem zatrzymaliśmy się na chwilę przy sklepie z coca-colą i chmarą dzieciaków wracających ze szkoły, totalne oblężenie!
Zlokalizowaliśmy jakiś kościół i skierowano nas kilka kilometrów za miasto, przy drodze do Bulawayo znajduje się to czego szukaliśmy – salezjański ośrodek Don Bosco. Jeszcze szybkie zakupy po drodze – sklepy tu zamykają około 18tej, jest to pewnie spowodowane częstymi przerwami w dostawie prądu – gdyby po zmroku nagle zgasło w sklepie światło, to ledwo zapełnione półki opustoszałyby jeszcze bardziej...
Na misji salezjańskiej przywitała nas trójka wspaniałych wolontariuszy z Polski, Danusia, Benia i Piotr – udostępnili nam oddzielny domek z dwoma pokojami, łóżkami, prądem, wodą ciepłą, kuchnią... istny raj! Jutro będziemy mogli zrobić pranie w pralce! Piotrek i tak rozbił sobie namiot w pokoju, panicznie boi się miejscowych komarów!

Na pewno zostaniemy tu przynajmniej jeden dzień!

niedziela, 25 lipca 2010

Matetsi-Lubongwe, niedziela, 25 lipca 2010 r.

Po ósmej Jakub pojechał z zestawem naprawczym do „drugiego” obozu – Aga, burżujsko, umyła włosy, Kuba zrobił to już wczoraj, pod kranem z zimną wodą za domem... Oporządziliśmy z Agnieszką rowery, spakowaliśmy się i czekaliśmy na resztę ekipy... Zniecierpliwiony czekaniem, około 11tej pojechałem po nich z garnkiem gotowanego makaronu z sosem z kostki rosołowej i i jakiejś torebki...Gdy dojechałem żarcie było jeszcze ciepłe, a Piotr właśnie zaczął kończyć naprawiać rower. Odjeżdżając złapałem gumę. Naprawiłem ją za szybko i powietrze z koła wolno uchodziło mi do końca dnia...

Wróciłem do domu nauczycielki, Kuba zaczynał się dopiero pakować – ruszyliśmy chwilę po południu, odwiedziliśmy jeszcze niedaleką stacyjkę MATETSI – prawie 80 lat temu w jej okolicy nocował Kazik! W jedynym zabudowaniu kolejowym mieści się sklep, ale akurat nieczynny – choć w ciągu kilkunastu minut jakie tam spędziliśmy pojawiło się przed nim kilka osób chętnych dokonać zakupów – wszyscy twierdzili, że zaraz przyjdzie sprzedawca... nie mieliśmy czasu i, mimo iż nie mieliśmy za dużo pitnej wody, zaczęliśmy gonić Ewę i Piotra, którzy nie zważając na nas mieli ruszyć z powrotem do drogi asfaltowej i tam na nas czekać.
Gdy dojechaliśmy do krzyżówki, lider z Ewą wylegiwali się na poboczu – po chwili zatrzymał się obok nas samochód - to mili ludzie, którzy wczoraj nakierowali nas na szkołę w Matetsi (a właściwie w m. Breakfast) i dom nauczycielki. Dziś dodatkowo poczęstowali nas coca-colą, wodą, kanapkami i gotowanymi, słodkimi ziemniakami. Wymieniliśmy się adresami, może jeszcze spotkamy ich w Hwange.
Ruszyliśmy dalej, do miasta zostało nam ponad 50 kilometrów, ale znów zaczęły się problemy sprzętowe – Piotra przyczepka pękła na spawie, „złapał” go szybkozłączkami, Ewa „złapała” gumę, a z tylnego koła Agnieszki roweru wciąż uchodziło powietrze. Gdy na poboczu naprawiałem koło Ewy, a chłopaki gdzieś z tyłu bawili się z przyczepką, podszedł do nas przeszczęśliwie uśmiechnięty autochton, bez prawej nogi. Wymieniliśmy uprzejmości, a nasz nowy znajomy zaczął się przechwalać, że jest doskonałym rowerzystą, co oczywiście puszczaliśmy mimo uszu... koleś bez nogi będzie nam wmawiał, że świetnie jeździ na rowerze!! Śmiech na sali! Po chwili zaczął mi doradzać jak skleić dętkę, ale gdy wyczuł, że raczej nie przepadam gdy ktoś pomaga mi przy precyzyjnych czynnościach spytał nas czy mówimy po hiszpańsku. Agnieszka odpowiedziała, że trochę mówi... no i zaczęli rozmawiać w języku Cervantesa!! Trochę nam się spieszyło, więc nie chcieliśmy czekać czym nas jeszcze zaskoczy...Na razie ustaliliśmy, że kilka lat mieszkał na Kubie, gdzie leczył nogę...
Pojechaliśmy dalej, chłopaków wciąż nie było, zatrzymaliśmy się niecały kilometr dalej, przy sklepie – miejscowi rozpijali miejscowe piwo z kukurydzy i sorgo: chibuku... Przyjechali wreszcie Piotr i Kuba, zbliżała się 16ta, za dwie godziny powinno zrobić się ciemno, chcieliśmy jednak coś zjeść. Zamówiliśmy miejscowy specjał, sadzę, białawą papkę z kukurydzy oraz podgrzaną fasolę z puszki... i po herbacie, wyszło po 1,5 dolara. Wcześniej opróżniliśmy lodówkowy zapas piwa CASTLE – na spróbowanie chibuku jeszcze nie odnaleźliśmy w sobie odpowiedniej ilości odwagi.
Nagle nadjechał nasz jednonogi przyjaciel, oczywiście na rowerze!! I to nie byle jakim rowerem, nowiutkim GIANTem – dostał go od zaprzyjaźnionych Australijczyków... Jakub, przyglądając się wnikliwie rowerowi, stwierdził, że w Polsce ma dużo gorszy sprzęt! Całkiem nieprawdopodobna historia!
Bardzo szybko zrobiło się ciemno – a my dopiero kończyliśmy obiad. „Kubańczyk” jednak przyprowadził miejscowego nauczyciela, który zaproponował nam nocleg w „domu nauczycieli” - będziemy mieli do dyspozycji duże pomieszczenie... a w zamian opowiemy w kilku klasach o Afryce Nowaka i Kaziku! Bardzo fajny dzień!
Osada, którą nawiedziliśmy nazywa się Lubangwe (Lubongwe), a do Hwange wciąż pozostaje nam ponad 50 km... Dziś przejechaliśmy zaledwie 26...

sobota, 24 lipca 2010

Kosmici w Matetsi, sobota, 24 lipca 2010 r.

Siedzieliśmy tu zdecydowanie za długo – wszyscy zaczynami fiksować – mam nadzieję, że pierwszy nocleg po za miastem da nam powera na kolejne dni.

Powiesiliśmy „nowakową” tabliczkę – odziedziczyliśmy ją po „Zambijczykach”. Przykręciliśmy ją na drzewie na terenie Kempingu Shoestrings – bywa tu sporo zagraniczniaków, to dobre miejsce, bo i Nowak nieopodal, w Livingstone spędził dużo za dużo czasu...

Obraliśmy kierunek – Hwange, potem Bulawayo. Ruszyliśmy około południa – pierwsze kilometry połknęliśmy migiem, aura doskonała. Ja mam niestety słabiutki rowek, made in Taiwan, Kona, Light Race o pięknej nazwie: HAHANNA!
Gdzieś po 30tym kilometrze, będąc daleko za ekipą zauważyłem spore braki powietrza w tylnym kole, na szczęście jeden z nielicznych mijanych tubylców podróżował z pompką! Plan był na dziś taki by przejechać około 60 kilometrów do osiedla MATETSI, Nowak tam nocował drugiego dnia od wyjazdu z Livingstone. Kilkanaście kilosów przed wioską musieliśmy zjechać z asfaltu na paskudną, rozjeżdżoną przez ciężkie samochody szutrówkę, co jakiś czas mijały nas terenówki obsługujące Rezerwat Matetsi i okoliczne lodge. Zaczęły się problemy sprzętowe – najpierw Ewie i Jakubowi kilka razy spadły sakwy, a kilka kilometrów dalej Piotrowi „skończył” się łańcuch, który złamał dwie szprychy i uszkodził przerzutki – dalszą drogę kontynuował pchając swój zestaw rowerowy z przyczepką. Postanowiliśmy, że Aga, Jakub i ja pojedziemy przodem szukać noclegu, a Piotr i Ewa dotrą do nas później... Taki był plan, ale do zmroku pozostało 1,5 godziny.
Minęliśmy kilka murzyńskich chat i trafiliśmy wreszcie na tory kolejowe, tu zatrzymaliśmy auto, którego pasażerowie poradzili nam abyśmy szybko jechali jeszcze 2-3 kilometry i spytali się miejscowych o szkołę. Dowiedzieliśmy się też, że nie możemy liczyć na jakąkolwiek osadę czy miejscowość MATETSI, bo to ogólna nazwa dla terenów rozciągających się w promieni kilkudziesięciu kilometrów;)
Było już prawie ciemno gdy nakierowano nas do domu nauczycielki, rowery właściwie już prowadziliśmy, ścieżka wiła się pomiędzy niskimi drzewami i krzakami spomiędzy których co kilkadziesiąt metrów wyłaniały się postacie okolicznych mieszkańców – w tym orszaku dotarliśmy wreszcie do dużego i oświetlonego, kolonialnego domu. Prawie na pewno kilkanaście lat temu mieszkali w nim biali... może nawet 10 lat temu...
Chwilę uświadamialiśmy domowników i sąsiadów kim był Nowak, skąd się tu wzięliśmy i dlaczego... Nie czekałem na ich reakcję, zabrałem brennabora Agnieszki i wróciłem się po Ewę i Piotra. Była już noc w pełni (choć dopiero co minęła 19:30), droga kręta, nierówna i pełna odnóg jak diabli, zanim dojechałem do głównej szutrówki spotkałem dwóch miejscowych, którzy patrząc na mnie z niedowierzaniem oznajmili, że w okolicy widziano dwa słonie, i że to bardzo niebezpieczne abym jechał przez las rowerem... Księżyc w pełni, prawie wcale chmur, nawet na chwilę nie włączyłem czołówki. Po kilku kilometrach dostrzegłem namiot Piotra rozbity obok jakiegoś domostwa, jakieś 20 metrów od drogi. Krzyknąłem: Piotr!, drugi raz, nic, cisza, po chwili głos Ewy: Norbert, to ty?/-nie, Robert Mugabe...
Gdy dotarli do tego miejsca było już po zachodzie słońca, a dalszą, pieszą wędrówkę odradzali im właściwie wszyscy spotykani ludzie. Spisałem listę przedmiotów niezbędnych do naprawienia roweru i pognałem z powrotem do domu nauczycielki. Po ciemnicy wcale nie było łatwo tam wrócić. Pani BOPHILO DUBE udostępniła naszej trójce przestronny, prawie pusty pokój. Dom jest bardzo zaniedbany, obejście obskurne, zagracone, za domem ustawiony jest gigantyczny zbiornik na wodę – chyba jedyne źródło wody w okolicy.

EDIT: mapa dzisiejszej trasy:


Miałem dziś w nogach 65 kilometrów na tajwańskim rowerze i kilkanaście na brennaborze, nawet nie wiem kiedy usnąłem...

piątek, 23 lipca 2010

Przekazanie pałeczki i falstart, czwartek/piątek, 22/23 lipca

Czwartek, 22 lipca

Wczoraj wieczorem przyjechali prawie wszyscy „Zambijczycy” - Aga oraz Wojtek i Rafał, Tomasz został po tamtej stronie granicy, dojechał do nas na przekazanie pałeczki, około południa. Wypatrzyliśmy ich czekając na żarcie w Pizza Inn i Chicken Inn – zjedliśmy razem pizzę i resztę dnia spędziliśmy na kempingu przy piwku, winie i miejscowej „whisky” (to podobno najlepszy środek antymalaryczny) – poprzednia ekipa przekazała nam sporo pozytywnej energii i masę spostrzeżeń z Zambii;)
Zmiany sztafety dokonaliśmy na granicznym moście nad Zambezi – Piotr S dla Nowaka skoczył na banji! Wodospady widziałem z mostu, darowałem sobie wchodzenie na teren parku Victoria Falls – pomijam koszt, 30$! Bardziej odstraszyła mnie myśl o tym, że kasa którą tam miałbym zostawić jest wsparciem dla kliki Mugabego... Jesteśmy w Zimbabwe dni zaledwie dwa, ale już daje się zauważyć powszechny strach przed „administracją” i „mundurowymi”. Sporym respektem, choć czasem także szacunkiem cieszą się posiadacze lepszych butów... W ogóle buty są tu towarem niezmiernie pożądanym – prawie wszyscy handlarze w pewnym momencie transakcji próbują towary wymienić na moje buty...
Dziś spotkałem też małego chłopca, Jamesa, miał może 10 lat, namówił mnie na kupienie mu jedzenia (szczerze powiem, że zjadł lepiej niż ja wczoraj...), dostał długopis (długopisów ci u nas dostatek), którym zanotował mi w zeszyciku swój adres, prosząc o przesłanie z Polski butów, numer 4 i pół... DHLem Expressem – poczcie nie można ufać! Profesjonalne podejście do życia w najbardziej uturystycznionej miejscowości w Zimbabwe.

W czasie gdy pozostali moczyli się pod wodospadem Jej Wysokości Królowej, razem z Piotrem odkryliśmy gigantyczny bazar z miejscowym rękodziełem. Kilkudziesięciu sprzedawców oferowało dziesiątki tysięcy przeróżnych słoni, żyraf, antylop, lwów, masek – ilość totalnie nie do ogarnięcia! Zaprowadziły nas w to miejsce dwie przemiłe Policjantki (w czerwonych wojskowych, ciężkich butach). Rozejrzeliśmy się chwilę, ustaliliśmy, że sprzedawcy zainteresowani są m.in. długopisami i t-short'ami – wróciliśmy po godzinie, już na rowerach, tuż przed zamknięciem. Udało nam się nabyć kilka fajnych przedmiotów, częściowo płacąc dolarami, częściowo wymieniając je na długopisy i na koszulki...
Tymczasem mamy jeszcze kłopoty z ogarnięciem systemu wydawania reszty – płacimy przeważnie dolarami amerykańskimi, ceny jednak prezentowane są w i w dolarach i randach RPA, można jednak płacić w euro, pulach botswańskich, dolarach namibijskich czy nowozelandzkich, reszty można dostać w kwachach zambijskich, randach, pulach czy centach... trzeba się tylko orientować jakie są aktualne kursy walut;)

Z bazaru pojechaliśmy jeszcze raz na most, ale na zachód słońca się spóźniliśmy – aby wejść na most należy stanąć w niewielkiej kolejce do urzędnika granicznego i pobrać karteczkę z „zezwoleniem”, którą oddaje się innemu urzędnikowi kilka metrów dalej... Przez środek mostu przebiega namalowana linia – granica pomiędzy Zimbabwe a Zambią, przekraczać jej nie wolno, choć oczywiście wszyscy to robią – kontrabanda na pewno kwitnie!
Dziwny kraj.

Piątek, 23 lipca
Straciłem dziś rachubę dni – od rana sądziłem, że jest czwartek. Wciąż nie wyjechaliśmy z VF!
Odnotowaliśmy falstart – rano wylosowałem, że przez najbliższe 2 tygodnie będę jechał rowerem przywiezionym z Jhb dla Agnieszki... totalna masakra, rower jest krótki, niski, przez pół dnia go składaliśmy, skręcaliśmy, regulowaliśmy – odlot. Strasznie się zirytowałem tą sytuacją, jazda na nim będzie katastrofą, około 16tej zdecydowaliśmy, że zostajemy tu jeszcze jedną noc, a rano startujemy w stronę Matetsi.
Mimo iż nie przejechałem dziś nawet kilometra to czuję się fatalnie zmęczony – bolą mnie plecy, wróciło przeziębienie – efekt tych nieszczęsnych klimatyzowanych wnętrz lotniskowych i samolotowych...
Trasa pomiędzy Livingstone a Bulawayo kosztowała Nowaka bardzo dużo zdrowia i sił, w listach do żony wciąż powtarzał, że choruje, jest zmęczony trudami podróży – generalnie strasznie marudził i wydawał się być całkiem zniechęcony do dalszej podróży. Wczoraj rozważaliśmy aby rotacyjnie, codziennie ustanawiać „dyżurnego” marudę etapu – jeden z nas miałby przez cały dzień prawo lub nawet obowiązek marudzić, narzekać, psioczyć ile dusza zapragnie. Dziś ja byłem dyżurnym... całkowicie przygnębia mnie myśl o tym, że przez 2 tygodnie będę poruszał się na tym piekielnym urządzeniu...

Z internetem jest słabo, by nie powiedzieć fatalnie, przez kolejne dni, prawdopodobnie aż do Hwange nie ma co liczyć na dostęp do sieci, nie wiem kiedy zdjęcia dodam... Nawet relacje na stronę Afryki Nowaka, w pliku tekstowym, wychodziły prawie 20 minut, o zdjęciach na stronę sztafety można na razie zapomnieć;(

Teraz jest wieczór, siedzę po kolacji w barze kempingu – trwa „przebierana” impreza, z całego miasteczka przybyło kilkudziesięciu młodych białych turystów – wszyscy bawią się wyśmienicie, barmani wniebowzięci! Zaczęła się właśnie część „artystyczna” - ośmioro czarnoskórych tancerzy wygina się i podskakuje w rytm bębnów i grzechotek, śpiewają transowe piosenki, ku uciesze zgromadzonych robią dużo zamieszania – cyrk dla białych. Chyba przyszli nieco za późno, o kilka kolejek miejscowego piwa i drinków za późno, publiczność szybko wraca do swoich uciech...

Kończy się mój dzień Króla Marudy Pierwszego!

środa, 21 lipca 2010

Trypolis-Johannesburg-Bulawayo-Victoria Falls, wtorek/środa 20-21 lipca 2010 r.

Trypolis-Johannesburg-Bulawayo-Victoria Falls, wtorek/środa 20-21 lipca 2010 r.

W JHB wylądowaliśmy przed 5 rano,na ltonisku czekał na nas Dobek, nasz człowiek w RPA – przywiózł rower dla Agnieszki, zaoferował też podwózkę z całym majdanem na dworzec autobusowy, z którego o 8 rano miał odjeżdżać autobus do Bulawayo. Około godziny zastanawialiśmy się czy pojechać z Dobkiem, czy spróbować się dostać na pokład jakiegoś dzisiejszego samolotu do VF lub Livingston, ostatecznie do Bulawayo – trochę nam się nie uśmiechała jazda autobusem z tak dużą ilością bagażu, po za tym wydawało nam się, że na drogowym przejściu granicznym RPA/Zimbabwe w Beit Bridge możemy się natknąć na bardzo szczegółową odprawę celną...
Ostatecznie zostaliśmy na lotnisku i do 8 biegaliśmy po nim szukając u mniejszych przewoźników możliwości dostania się droga lotniczą bliżej Wodospadów Wiktorii. Gdy zdecydowaliśmy się wreszcie, że polecimy Air Zimbabwe o 9:30 (w cenie 1600 randów) wyszło nasze zmęczenie i brak szczęścia – spóźniliśmy się kilka minut, sprzedaż zakończona, check-in zamknięty...
Postanowiliśmy więc nie kombinować więcej i wykupiliśmy za 1200 randów bilety na opóźniony lot do Bulawayo, linia FLY KUMBA!! Nie ukrywam, że urzekła nas nazwa tego przewoźnika. Fly Kumba użytkuje chyba tylko jeden samolot, namibijskich linii lotniczych...
Gdy kupowaliśmy bilety, wiadomo było, że planowany odlot o 11tej został przesunięty na 13:15. Było więc sporo czasu – spakowaliśmy więc rower (100 randów, poziom B1, w przechowalni bagażu), zjedliśmy coś w sieciowej restauracji i przeszliśmy odprawę paszportową. Pod drugiej stronie próbowaliśmy się zdrzemnąć ze dwie godziny...

Teraz lecimy sobie starym Boeingiem 737-500, trzęsie bardzo, ale widać, że współpasażerowie są do tego przyzwyczajeni, podobnie jak i załoga... Baliśmy się bardzo, że linie skasują nas za nadbagaż, bo przecież ponad to co mieliśmy dotychczas wieźliśmy jeszcze rower, ale chyba z uwagi na opóźnienie nie chcieli od nas dodatkowej opłaty;) Mam nadzieję, że jeszcze jakąś mini przekąskę nam zaserwują...

Na lotnisku w Bulawayo musimy pilnie znaleźć transport do VF , najlepiej bezpośredni, i to jeszcze dziś. Dolecimy około 16tej, wkrótce zrobi się ciemno i raczej nie mamy zamiaru nocować w tym mieście...

Po przylocie oddaliśmy haracz Panu Prezydentowi Robertowi – cło, dużo cła, jak Nowak;)
Później przepłaciliśmy za podwózkę do miejsca skąd odjeżdżają busy do VF, bardzo nam się spieszyło wyjechać z tego miasta. Na „dworcu”, naprawdę bardzo miły chłopak zorganizował nam 4 miejsca na końcu dwudziestoosobowego busa i miejsce w przyczepce dla naszych bagaży, tuż obok worków z ziemniakami, cebulą, jakimiś kartonami i kilkoma innymi torbami podróżnymi...

Podróż wspominam już rano... przy śniadaniu. Jechaliśmy około 7 godzin, było bardzo zimno, tak zimno, że gdy o 1:30 dojechaliśmy do „centrum” i wyszliśmy z auto to wydawało nam się dużo cieplej niż podczas podróży. Jeden ze współpasażerów zaprowadził nas nas kemping SHOESTRINGS. 5$ za osobę w namiocie. Oporządziliśmy się w kilkanaście minut i chwilę po drugiej wszyscy grzecznie spaliśmy.

Dziś spotkamy ekipę „Zambijczyków”, ustalimy sposób i miejsce „przekazania pałeczki”, może wybierzemy się nad wodospad i na most na Zambezi...

Tymczasem przeszliśmy się po VF – znaleźliśmy supermarket SPAR, w którym płaci się dolarami amerykańskimi, ale resztę, monetami otrzymuje się, w pulach botswańskich lub randach południowoafrykańskich... ale o tym nieco później;)

poniedziałek, 19 lipca 2010

Rzym-Trypolis, poniedziałek 19 lipca 2010 r.

Poranek rześki jak cholera, ale i tak nie żałuję, że spałem na zewnątrz namiotu. Na lotnisko pojechaliśmy kempingowym transportem – przy odprawie nasz nadbagaż nie stanowił najmniejszego problemu! Linią Air Afriqia lecimy do Trypolisu, tam przesiadamy się do samolotu do Johannesburga. We wtorek rano będziemy na miejscu. Czekać nas będzie kilkunastogodzinna podróż autobusem do Bulawayo, a potem do Victoria Falls, podróż nie będzie ciężka, bo i coraz więcej mamy pakunków, na lotnisku w JHB przejmiemy jeszcze rower dla Agnieszki Grudowskiej, uczestniczki 8 etapu w Zambii – Aga przejedzie z nami jeszcze pół etapu!!


W Tripoli czas zatrzymał się w czasach gdy do tego miasta latały samoloty PLL LOT – stary, obrotowy wyświetlacz zatrzymał się na locie numer 7258LO – pewnie kilkanaście lat temu!

niedziela, 18 lipca 2010

Warszawa-Rzym, 18 lipca 2010 r.

Rozpoczynając naszą przygodę z Afryką Nowaka, tak jak Kazik w 31. roku, z Polski udaliśmy się do Rzymu... Z lotniska, nie ukrywam, że po bardzo, bardzo pokrętnej i męczącej drodze, udało nam się dotrzeć do kempingu Castel Fusano, w nadmorskiej miejscowości Ostia. Teraz już wiemy, że najłatwiej z lotniska jest tam dotrzeć, kosztującym 5$ transferem bezpośrednio z lotniska, autobusy odjeżdżają co godzinę od 9:00 do 21:00, a dowożą chętnych w 20 minut pod recepcję... My spróbowaliśmy innego sposobu. Najpierw wsiedliśmy do autobusu firmy CONTAR jadącego niestety w całkiem inną stronę, gdy już się okazało, że coś jest nie tak, wysiedliśmy w jakiejś miejscowości... i grzecznie poczekaliśmy na autobus powrotny na lotnisko, który, jak się okazało po chwili od wejścia, że jedzie do Ostii! Dojechaliśmy nim do końca trasy, potem 2 stacje metra i spacerek do kempingu... spacerek, którego nie powstydziłby się Pudzian, obładowani byliśmy tragicznie (klasyczny spacer farmera!). Całkiem zmęczeni załatwiliśmy sobie miejsce na polu namiotowym za 6 euro/namiot plus 7,5 euro za osobę. Castel Fusano to gigantyczny camping – moloch totalny, ale doskonale zarządzany!
Wracając jeszcze do naszej podróży, to na Okęciu, przy odprawie okazało się, że oprócz Jakuba, wszyscy mamy potężny nadbagaż – kazano na płacić 20 euro za każdy kilogram ponad 20 kg wagi... w moim przypadku przypadku miało to być 140 euro! Na szczęści podczas przepakowywania się, z pomocą przybył Karol P, który swoimi układami lotniskowymi i słowem, wymógł na przedstawicielach włoskich linii lotniczych by potraktowali nas ulgowo, skończyło się na tym, że nic nie dopłacaliśmy! Dzięki Karol!

środa, 30 czerwca 2010

palenie gum rowerem?

jak najbardziej możliwe!

kolega poniżej jest zawodnikiem z Zimbabwe, mam nadzieję się z nim spotkać:

piątek, 25 czerwca 2010

mapa "śladów" Nowaka, Zimbabwe/RPA


Zobacz trasę naszego etapu na większej mapie

mapa jeszcze będzie uzupełniana, kilka ciekawych "nowakowych" miejsc wciąż lokalizujemy;)

więcej szczegółów o naszym etapie znajduje się na stronie wyprawowej Afryki Nowaka

środa, 9 czerwca 2010

Gdzie krododyl zjada słońce?

Zulusi księcia Bileyi oraz Vindasi wierzą, że zaćmienie słońca jest wtedy, gry krokodyl zjada słońce. Niebiański krokodyl na chwilę połyka gwiazdę co jest znakiem, że jest bardzo niezadowolony z postępowania ludzi. To najgorszy znak ze wszystkich znaków na niebie. Totemem klanu Mugabe jest krokodyl...
Bilety kupione, Warszawa-Rzym, Rzym-Johannesburg, a dalej jeszcze nie wiemy. My, czyli: Piotr Strzeżysz, nasz Czcigodny Lider, Ewa z Bydgoszczy i Jakub z Poznania no i ja... W Victoria Falls na północy Zimbabwe, około 22 lipca (!) przejmujemy "pałeczkę" od "Zambijczyków", rozpocznie się 9 etap sztafetowej wyprawy Afryka Nowaka.
Dla przypomnienia. Projekt jest przedsięwzięciem kilkudziesięciu fascynatów postaci i historii Kazimierza Nowaka, polskiego podróżnika, który w latach trzydziestych samotnie, rowerem i pieszo, konno i na wielbłądach, czółnem i koleją, dwukrotnie przemierzył kontynent afrykański! Jego pięcioletnia podróż przyniosła wiele publikacji w polskiej i zagranicznej prasie, a kilka lat temu odnaleziono i opublikowano jego listy - niestety, wymęczony samotną tułaczką, Kazimierz Nowak zmarł w 1937 roku, niecały rok od powrotu z Afryki. Na dziesiątki lat zapomniano o jego wyczynie, teraz chcemy przywrócić i utrwalić pamięć o nim. Ruszyliśmy 4 listopada 2009 r., z podpoznańskiego Boruszyna, 3-5 osobowe ekipy odwiedziły dotąd Libię, Egipt, Sudan, Demokratyczną Republikę Konga, Ugandę, Burundi, Ruandę... Za kilka dni rusza etap w Zambii!! Staramy się maksymalnie wiernie odtworzyć trasę Kazimierza Nowaka, poruszamy się dokładnie takimi samymi środkami lokomocji jak on, rowerami, promami, koleją i transportem zbiorowym, łodziami... W listopadzie dojedziemy do Kapsztadu i to będzie półmetek wyprawy, później zaczniemy kierować się z powrotem na północ, przez Namibię i Angolę, kraje Afryki centralnej do Algieru, kolejne 20000 kilometrów - wyprawę planujemy zakończyć w listopadzie 2011 roku, dokładnie w osiemdziesiąt lat od wyjazdu Nowaka z Poznania...

Nasz etap przebiega przez Zimbę i fragment RPA, na początku września, w Johannesburgu, "pałeczkę" przekażemy ekipie Elizy Czyżewskiej...
Początkowo będziemy się kierować na południowy wschód, w stronę Bulawayo, drugiego pod względem wielkości miasta w Zimbabwe, później prawdopodobnie odwiedzimy Wielkie Zimbabwe , a następnie pognamy na południe do granicy z RPA i dalej przez Pretorię do Johannesburga.
Szczegółową trasę zaczynamy dopiero opracowywać;)

sobota, 29 maja 2010

5-10-15 otwarcież!









W skromnej bramie, wśród gołębi - bardzo ciekawy cel rowerowych wycieczek miejskich. Warszawa, Mokotowska 73