sobota, 13 marca 2010

10 marca, Zagora - nie wiem gdzie jestem

ojeju, jak tu zacząć... może od tego, że spodziewając się, że po wyjeździe z Zakury raczej nie spotkam przed zmrokiem żadnego sklepu, o barze nie wspominając, zjadłem bardzo obfite śniadanie, w restauracji Toumbuktu, vis a vis poczty przy głównej ulicy w Zagorze, blisko hotelu Palmeraie, zaraz obok jest też przyzwoity sklep typu „mydło i powidło”, właściciel nie potraja cen widząc turystę...
Czyli około 8:30 zjadłem śniadanie, byłem już całkowicie gotowy do drogi, więc nie czekając aż się ociepli ruszyłem na zachód drogą krajową oznaczoną na Michealinie N12! Asfalt się skończył po 8 kilometrach, zaczął się odcinek piste, który ewidentnie jest przygotowywany do położenia lepszej nawierzchni! Jechało się całkiem całkiem, wyglądało na to, że będzie tak do Foum-Zguid... Niepokoiłem się wyłącznie brakiem jakiegokolwiek ruchu na tej drodze, pierwszy samochód wyprzedził mnie na trzydziestym-którymś kilometrze, a z przeciwka w międzyczasie minęły może ze dwa większe pojazdy i kilka motorowerów... Droga robiła się coraz lepsza, równiejsza, z wyznaczonymi dwoma równoległymi nitkami dla ruchu lokalnego... zacząłem nawet podejrzewać, że może budują ją od tamtej strony i zaraz dojadę do równej jak stół szosy, bez zwariowanych kierowców i ich pojazdów! Na 46 kilometrze od Zagory droga się skończyła.
To znaczy skończyła się ta część przygotowywana pod asfalt, dalej już tylko pokręcone, wąskie piste, a jedynymi oznakami zbliżającego się postępu w dziedzinie drogownictwa w tym rejonie Maroka były rzucone w pustkowiu rury melioracyjne, ponad którymi za kilka lat będą mosty i brody... Do Bou-Rbia jechało się znośnie, na obrzeżach miasteczka spotkałem dwa samochody z miłymi Francuzami... od tego momentu droga stała się strasznie kamienista i wypłukana przez okresowe potoki... W ¾ drogi, gdy zaczął się znów utwardzony szeroki szlak, dało znać o sobie moje bezgraniczne lenistwo – od około 17tej trapiła mnie uporczywie powracająca myśl, że skoro zostało mi niecałe 50 kilometrów do Foum-Zguid... to wcale nie mam zamiaru suszyć rano namiotu, zbierać drzewa na ognisko i w ogóle skoro droga się robi coraz lepsza to dojadę do miasteczka i tam się gdzieś przenocuję... Przez całą drogę widziałem może kilkanaście osób, włącznie z pasażerami samochodów i człowiekiem duchem gdzieś na horyzoncie... dzicz totalna, aż się prosiło rozbić obóz! Drewna na opał pod dostatkiem, miałem wszystko co potrzeba... Ale, nie! Leń mi się włączył, a kolana nie bolały;)
Na 80 km napotkałem pierwszą tablicę informacyjną, że hotel Hiba zaprasza za 40 km! Nic tylko przyspieszyć i na jakąś 19:30 będę na miejscu... ale droga się popsuła, coraz częściej musiałem zjeżdżać z głównego szlaku, bo wezbrane wody deszczowe go podmywały i kilkunastometrowe wyrwy na całej szerokości uniemożliwiały przejazd. O 18:30 słońce schowało się za góry – zmrok zapadał szybko, miałem jednak precyzyjne zadanie na dziś: dojechać do jakiegoś hotelu;) Około 19:30 zrobiło się całkiem ciemno, na horyzoncie zamajaczyły światła, chyba osada... Ostatnią godzinę jechałem w całkowitych ciemnościach, trójdiodowa czołówka Petzla to zdecydowanie za mało na coraz częstsze objazdy zniszczonych odcinków szosy... Po drodze pojawiły się jeszcze drogowskazy kierujące do innego hotelu, Dar-Bab Rimal... Miałem tam sporo ubawu. Wielka brama, dywany pomiędzy trawnikami, przybiega boy hotelowy, kurtuazja i w tyłek wchodzenie straszne – chcę pokoju, on pokaże, ale rower muszę zostawić, bo dalej już tylko dywany na ziemi... Idziemy, mijamy jakiś budynek z wielkimi oknami, w środku siedzą ludzie, jedzą kolację, panie w sukniach wieczorowych, panowie w koszulach i krawatach, dalej mijamy wielki basen, dochodzimy do oddzielnego budynku jakich tu sporo – to apartament, wielkie łoże, zaduch straszny, ale jest klimatyzacja, łazienka, wanna – Wersal. Pomimo strasznego zmęczenia przez dobre kilka minut nie mogłem wydobyć z siebie nic innego niż śmiech gdy usłyszałem cenę: 700Dh za noc, bez śniadania! Kolesiowi całkiem odbiło! Po zmroku, na rowerze, z czołówką na głowie, brudny i zmęczony przyjeżdża rowerzysta, który chce się zatrzymać w ich hotelu, boy hotelowy prowadzi go do apartamentu za 700Dh, bez śniadania i nie może zrozumieć z czego się śmieję;) Przychodzi jednak ktoś wyższy rangą, przygląda mi się wnikliwie kilka minut, podpytuje skąd jestem itp., oczywiście ni w ząb po angielsku! W końcu każe zaprowadzić mnie do innego miejsca, idziemy więc znów z boyem po tych luksusach, pokazuje mi bungalowy... bez prysznica i śniadania, za 200 Dh. Poszaleli! Na odchodne koleś mi proponuje, że skoro nie mam tylu pieniędzy to ja się teraz mogę wyspać, a on weźmie jako kaucję jedną z moich sakw – rano będę mógł pojechać do miasteczka i załatwić jakieś pieniądze... Ubaw miałem nielichy, tym bardziej, że niecały kilometr dalej stoi hotel Hiba, który przywitał mnie napisem WELCOME! Potem poznałem miłego właściciela, który udostępnił mi świetny pokój na parterze, z prysznicem i wszystkim co potrzeba podróżnikowi jak ja, zaproponował śniadanie, a wszystko w cenie 100Dh!! Nie mogłem odmówić;)

> > > Miejsce jest rewelacyjne! Polecam!!>>>>>>>>>>>>>>










Przejechałem dziś 120 kilometrów, w tym 8 po asfalcie – było naprawdę fajnie! Nie bardzo wiem czy już dojechałem do Faum-Zguid, ale patrząc na ilość przejechanych kilometrów to już pewnie ta miejscowość;) Kolana wcale nie bolały, ten jeden dzień luzu w Zagorze bardzo się przydał... Jutro kieruję się w stronę Tazenakhtu – tylko 85 km, ze dwie przełęcze...asfalt. Śmignę, że nawet nie zauważę;)

wtorek, 9 marca 2010

9 marca, Zakura

Pierwszy, w całości zaplanowany i wykonany, dzień bez roweru!
Uczucie dziwne, ale o kolana się boję, bardzo!

Dziś strasznie wieje, mam nadzieję, że jutro minie, oczywiście wieje od zachodu, czyli tam dokoąd będę się jutro kierował...
W Zagorze zabrakło dziś internetu!! W całym mieście!! Nie było sieci w CyberCafejkach, na poczcie, w bankach - próbowałem się tam zalogować do jakiego WiFi, ale nie śmiagało;)
Dowieźli dopiero co, ale zrywa co jakiś czas połączenie, a w kafejce, w której właśnie siędzę objawia się to gramialnym UUUUUUUUUU, ludzi jest masa, widać, że społeczeństwo chłonn nowych technologi, kolejka się ustawia przed wejściem, zapisy jakieś na stanowiska!! CyberMaroko!

Rozpisywać się nie będę, luzik totalny dziś odwalam, miejscowi sprzedwacy już zdążyli mnie znienawidzić!

Jeśli kolana dadzą jutro radę to ruszam na zachód, przez Tazenaht, do Taroudant w którym chciałbym zatrzymać się na dzień, może dwa... Jutro minie połowa mojego wyjazdu, czas zacząc poważnie liczyć dni do wylotu z Casablanki...


zdjęcia na http://picasaweb.google.com/rowerowajazdapolska/Rowerowe_maroko#

8 marca, Mhamid – Zagora

Samego siebie dziś przeszedłem, przez dwa debilne pomysły na jutro zaserwowałem sobie dzień bez roweru...
Początek dnia niezły, wstałem tak wcześnie, że prawie wschód słońca widziałem – znów nie mogłem spać, rwałem się do jazdy! Przed 8 rano byłem już w drodze! Dzieci zaspane szły do szkoły, a ja już w drodze!
Na absolutnym luzie pedałowałem w stronę Zagory, teraz miałem wreszcie szansę nieco więcej zobaczyć, pogoda była wyśmienita, może ciut za chłodno, ale około południa się ociepliło... Niestety wiatr znów w twarz, nie wiem o co chodzi, że wciąż wieje z przeciwka!! Po 20 km wspiąłem się na przełęcz Tizi Bani Sulajman, na luziku, nigdzie mi się nie spieszyło. Wpadłem więc na pierwszy debilny pomysł... Obok przełęczy jest bardzo charakterystyczna górka z ruinami wartowni na samym szczycie – oczywiście wymyśliłem sobie aby się wspiąć chociaż do ¾ i zerknąć jeszcze raz w stronę Sahary... Ukryłem więc rower na skałami, wziąłem aparat, pomarańczę i w kilkanaście minut wdrapałem się tam gdzie chciałem... wejście bardzo strome, po ruchomych kamieniach, pod sam koniec poczułem ból w prawym kolanie, schodząc źle stanąłem lewą nogą i taki sam ból miałem już i w drugim... Totalny idiotyzm, wspinać się po skałach gdy nogi są styrane jazdą na rowerze, zupełnie inne mięśnie i przełożenia są rozruszane – nie do wspinania się... Byłem więc na przełęczy, teraz już z górki 10km do Tagunite, w mieście miałem się zatrzymać na dłużej, tak jak w tamtą stronę – posmarowałem więc kolana żelem i z postanowieniem nieprzeciążania ich ruszyłem dalej. W miasteczku kupiłem jeszcze jeden żel, bo ten co miałem okazało się, że zawiera samą końcówkę leku. Remi z Pruszkowa napisał smsa – tak sobie pomyślałem, że może ta podwózka z Casy do Marrakeszu to nie był dobry pomysł, bo gdybym dziś jechał w stronę Mhamidu miałbym wiatr w plecy, akurat 2 dni... Żartuję;) Podwózka była świetna!!
Do następnej przełęczy miałem około 20 kilometrów, droga dziwnie biegła na około (rekord prędkości jednak wykręciłem zjeżdżając z tej z tej przełęczy, a nie jak pisałem wcześniej z Bani Sulajman). Jechałem bardzo, bardzo ostrożnie – kolana dawały o sobie znać, ale nie było tragedii, miałem już tak podczas tego wyjazdu, ale wcześniej nawet nie użyłem magicznego żelu i na drugi dzień nie pamiętałem o kolanach... Na przełęcz dojechałem około 13tej, miałem masę czasu, zjadłem puszkę groszku konserwowego, dalej już tylko kilka kilometrów w dół i około 35 do Zakury. Zerknąłem na mapę i tu kolejny pomysł z tych mądrzejszych – droga znów dziwnie prowadziła, najpierw w prawo by potem ostro w lewo i wzdłuż Draa do Zakury, a na mapie widać ewidentnie starą piste przecinającą równinę, jakieś 15 km mniej do pedałowania;) No i zjechałem z asfaltu na gruntówkę, która gruntówką była tylko przez kilka kilometrów, potem zaczęła się klasyczna hamada, kamienie i kamienie, a pomiędzy kamieniami kamienie i kępki jakiś krzaków... Potem było jeszcze gorzej, dojechałem do części bardziej piaszczystej, co kilkadziesiąt metrów stawałem dęba, trzeba pchać... W połowie drogi kolana bolały mnie tak, że zacząłem się rozglądać za jakimś miejscem do rozbicia się na noc, ale Dżabal Zakura była tak blisko, coraz bliżej, a przełęcz coraz dalej i dalej...
W tamtą stronę, asfaltem przejechałem równo 100 km, z powrotem, na szagę jakby to powiedzieli mieszkańcy stolicy Wielkopolski, zaoszczędziłem 18!! Czystej jazdy dziś miałem ponad 7 godzin, a w drodze byłem godzin 10!! Idiotyzm masakryczny, jutro robię sobie absolutny luz, nie patrzę nawet na rower. Na spacer sobie pójdę, na suk...

Dodam jeszcze jedno spostrzeżenie z wczorajszego wypadu na „pustynię”. Tak jak pisałem wcześniej, aby dojechać do Ergu Żydowskiego wystarczyło przeciąć kilometrowej szerokości wydmy „na tyłach” miasteczka, erg jest około 7 km na północ od centralnego skrzyżowania Mhamidu, ja jednak dojechałem do wydm od wschodu, nadrabiając kilkanaście kilometrów, bo po drodze były dwie fajne wioski, które tylko mi zamajaczyły podczas burzy piaskowej dzień wcześniej... W nich też okazało się, że rozpoznawanie zamiarów dzieci po wyjmowaniu kamieni z butów, w tych okolicach się nie sprawdza, bo dziatwa bez butów chodzi...

niedziela, 7 marca 2010

7 marca, Mhamid czyli dalej nie ma asfaltu

Tu kończy się moja droga na południe, dalej już nie pojadę, za kilka kilometrów Algieria (muszę nocą przypilnować lepiej roweru), może następnym razem...
Tymczasem widziałem kawałek Sahary... choć tak naprawdę pojechałem sobie na kilkudziesięciokilometrową wycieczkę do Ergu Żydowskiego - w ogóle te tereny bardzo dużo zawdzięczają Żydom, którzy zamieszkiwali je jeszcze w połowie ubiegłego wieku, głównie trudnili się oczywiście wyrobem srebrnej biżuterii...
Nie wstałem na wschód słońca, musiałbym wyjechać około 3 nad ranem żeby dotrzeć na diuny przed wschodem... Mhamid to właściwie miasteczko wyłącznie turystyczne - mieszka tu podobno kilka tysięcy ludzi (z czego wydaje się, że połowa to dzieci), ale wszystko dzieje się przy głównym placyku gdzie skupione są "biura" organizujące turystom wyjazdy na "pustynię". W okolicy są dwa ergi, mniejszy (dużo mniejszy) Erg Żydowski i ciągnący się około 40 km Erg Szikaka... Drugi położony jest około 30 km na zachód od Mhamidu, właściwie wszystkie reklamowane wyjazdy kończą się tam... Erg Żydowski znajduje się około 8 km na północ od miasta, ale żeby do niego dojechać objechałem kilka wiosek i łącznie przejechałem dziś prawie 40 km... Miałem nadzieję, że skoro ten erg jest mniejszy to nie będzie tam turystów... byli... i zaplecze turystyczne też było... Ale widziałem Saharę;) Mam też 1,5 litra piasku w butelce po wodzie, będzie mi towarzyszył już do końca wyjazdu;)




Draa, która wczoraj uniemożliwiła przeprawę do drugiej części miasteczka dziś także nie odpuściła, w dodatku okazało się, że kamienie na których czekali podróżni posłużyły dziś do naprawy tego co rzeka zabrała... się narobiło!!
Jeszcze w kwestii wczorajszych ogródków działkowych zasypanych piaskiem... oczywiście dziś ustaliłem co to było - nie dużo się rozminąłem z prawdą, mianowicie są to poletka przygotowywane pod Tamaryszek, czyli cudowne drzewko, które ma powstrzymać pustynię;)
Gdzie dalej? Na pewno jutro w stronę Zakury, fajnie byłoby gdyby wiatr wiał w tę samą stronę co zawsze, czyli z południa lub południowego zachodu...
Z Zakury chciałbym nie przejeżdżając przez Agdz skierować się na zachód, przez Ait-Hammane w stronę Tazenakhtu... wszystko będzie zależne od pogody!

6 marca, Zakura - Mhamid

Jak zamierzałem tak też i zrobiłem, w drodze byłem już przed 10tą, wcześniej dałem się namówić recepcjoniście hotelu na śniadanie za 25 Dh, pojechałem sprawdzić czy może przypadkiem CuberCafe nie jest czynne, nie miałem czasu zatrzymać się w knajpce, w której jadłem wczoraj...
Jazda zaczęła się po prostu rewelacyjnie! Pierwsze 33 km pokonałem ze średnią prędkością 27 km na godzinę. Przy wyjeździe z miasta nic nie zapowiadało tak dobrej drogi, zamierzałem zatrzymać się po 10km... jechało się świetnie więc ustaliłem sobie, że odpocznę na piętnastym, nawet nie zauważyłem kiedy minąłem 25... około 30 km już wiedziałem, że dalej nie będzie tak słodko, do tej pory wiatr wiał z mniej więcej godziny 16:30... na horyzoncie jednak pojawiły się wniesienia, pierwsza przełęcz i co gorsza bardzo dużo piasku w powietrzu... po kolejnych 2 km wiatr się wzmógł, a szosa niespodziewanie zamiast biec prosto do gór, skręciła w prawo, dostałem więc wiatr prawie z wiadomo co.... i jechało się marnie, trochę dookoła w stronę przełęczy, na podjeździe minąłem słupek, że do Mhamidu mam jeszcze 50 km... zaczynała się pustynia... piachem zawiewało na drogę, zaczynało się robić bardzo ciekawie! Minął mnie samochód osobowy z bagażnikiem dachowym wypełnionym baranami...
Po przełęczy (obok Jabel Bani) jedzie się jakąś wysoczyzną, są tam tylko skały, kamieniste zbocza, pył i wiatr... kilka drzewek i kępek traw i pierwsze wielbłądy puszczone samopas... Wiało, z prawej mocno wiało, ale wciąż dało się jechać, tylko co jakiś czas lepiej było zejść z roweru i przeczekać zawieję...kilka minut i jedzie się dalej...
W Tagounite zrobiłem dłuższy postój, ponad pół godziny siedziałem w podcieniu, jadłem miejscowy chleb... chyba nawet chwilę przysnąłem. Obudzili mnie kolesie dostarczający butle z gazem... normalnie wyrzucali je z ciężarówy na glebę... pełne... KaaaBuuum.

Do Mhamidu zostało wg miejscowych oznaczeń 30 kilometrów, minęła 14ta, za miastem zaczął się prawdziwy cyrk... Wiało jak diabli, sypało piachem... Z wolna zbliżałem się do drugiej przełęczy (Tizi-Beni-Selmane), wyglądała na lekką przeszkodę i taką też była, bułka z masłem;)
Za drugą przełęczą jest fajny zjazd, wiatr jakby ustał... wykręciłem ponad 60km/h, ale w dali już widziałem co się będzie działo za kilka kilosów...
Droga znów zmieniła kierunek! Znów na zachód i pod wiatr... To co się działo przez ostatnie kilkanaście kilometrów to małe piekiełko...

Co za piękne miejsce to Maroko!! Nie ma porównania, ostatnie kilometry były duuużo gorsze od Tiszki! Wiało, zapieprzał piach, na jakieś 50 metrów nic nie było widać, debile jadący z przeciwka oczywiście nie zamierzali włączyć świateł, a mnie co jakiś czas zawiewało na środek drogi... Debile jadący z tyłu nagle zaprzestali trąbienia zza pleców, więc dwa razy otarliśmy się z Peugeotem i Mercedesem, auta nawet nie zwolniły... Zacząłem jechać poboczem, ale tam kolejna masakra, co kilkadziesiąt metrów leżały łachy piasku, gdy w nie wjeżdżałem to stawałem dęba... Gorzej niż na Tiszcze...
I znów widziałem śmieszne rzeczy, np. ogródki działkowe zasypane całkowicie piaskiem – w sumie jest koniec zimy, u nas też działki są zasypane opadem zimowym, przychodzą roztopy i jest ok, tu pewnie jest tak samo, za kilka tygodni piasek przewieje w inne miejsce i będzie można działkować...


Teraz jestem w obskurnym hotelu w „centrum” Mhamidu... Już po prysznicu. Wszędzie miałem piasek. Sakwy na szczęście tylko z zewnątrz ufajdane, w środku stosunkowo mało pyłu:) Aparat rzęzi...


Koniec Świata. Draa bardzo wezbrała, po rozpakowaniu się pojechałem się nieco rozejrzeć, Mhamid położony jest na dwóch brzegach, niestety, na druga stronę nie dało się przejechać. Na brzegu po obydwu stronach czekało kilkadziesiąt osób – nie wiem czy to normalne, ale oni czekali aż woda opadnie;)
Jutro mam plan pojechać zobaczyć wchód słońca na pustyni... Jeśli się obudzę;)

piątek, 5 marca 2010

5 marca, Zakura, reszta dnia

Po przeprowadzce do Hotelu la Palmeraie oczywiście zrobiłem pranie;) i ruszyłem na miasto... objechałem je kilka razy, za trzecim miejscowi sprzedawcy pamiątek przestali już na mnie reagować... W bocznej uliczce zatrzymałem się w zakładzie krawieckim i sprawiłem sobie luźną, ręcznie szytą i zdobioną koszulę, potem oczywiście znalazłem przytulną CyberCafe... zauważyłem, że im bardziej na uboczu znajduje się kafejka internetowa tym obsługa wydaje się być inteligentniejsza i przyjaźniejsza turystom takim jak ja;) Pod wieczór zrobiło się znów wietrznie, z południowego zachodu nadciągnęły brzydkie chmury, ale podobno nie będzie z nich padać... na www.wunderground.com zapowiadają na jutro 30% prawdopodobieństwo wystąpienia opadów;( potem zjadłem kaftę (koftę), jajecznicę na cebuli i baraninie zrobioną w tajinie... całkiem, całkiem, kelner oczywiście, gdy tylko usłyszał, że podążam w stronę pustyni, polecił mi usługi swojego krewnego, który to za kilka dni organizuje wielbłądzią wycieczkę z Mhamidu na erg Szikaka, zostałem pod ten wyjazd nawet poczęstowany herbatą miętową, zaprezentowano mi także album ze zdjęciami... temat się jeszcze mocniej rozwinął gdy dowiedział się, że zamierzam do Mhamid pojechać rowerem, kolejny kuzyn dysponuje transportem, który bez problemu w kilka godzin dowiezie mnie do Mhamid, a rower może zostać w Zakurze... trudno się kończy takie rozmowy, bo miejscowi czasem sami się zapędzają w kozi róg – kelner był bardzo zdziwiony, że upieram się by do Mhamidu dojechać rowerem, przestał się dziwić gdy pojął wreszcie, że dotarłem tu z Marrakeszu nie z rowerem , ale na nim... zaprosił mnie na śniadanie, podobno otwiera o 8:00 ;)

5 marca Zagora, Zakura zwał jak zwał

rano wyprowadzłełm się z okropnego kempingu Prends ton Temps!!
oczywiście miałem szeroko zakrojony plan wytłumaczenia obsłudze, że ta pomidorówka, którą wczoraj miałem zaszczyt zjeść nawet przy harirze nie stała, a drugie danie to po prostu kurczak z warzywami ... jak zobaczyłem zmęczonego życiem Abdullaha to mi się odechciało z nim dyskutować!
w kilkanaście minut znalazłem inne miejsce, hotel La Palmeraie, zaraz przy słynnej tablicy: Timbuktu - 52 dni... Hotel wydawał się drogi, ale gdy przyszło co do czego to za pokój z ubikacją i umywalką zapłaciłem 60 Dh... prysznic na korytarzu, da się przeżyć;)
pokręciłem się nieco po mieście, a teraz oczywiście siedzę w knajpie internetowej;)
jutro bardzo bym chciał dojechać na raz do Mhamidu, wyjadę bardzo wcześnie, około 7 rano żeby zdążyć przed największym upałem, gdy zrobi się nieznośnie ukryję się gdzieś, a skończę trasę po 15tej... w MHamid chyba zostanę do poniedziałku, w niedzielę odbywa się tam suk...
zobaczymy;)

4 marca wieczór, Agdz - Zakura

Po francusku Zagora, miejscowi jednak mówią Zakura... Przyjechałem. Pierwszy raz jestem mocno zawiedziony drogą (przez Tiszkę mimo wszystko było fajnie;) ). Z Agdz wyjechałem bardzo późno, około 13tej, a na kemping Prends ton Temps (będę tę nazwę wymieniał kilkukrotnie aby wyszukiwarki jej nie przegapiły...) dotarłem po 19tej - po drodze chmary dzieciaków, gdzie się nie zatrzymać, jak spod ziemi nagle pojawia się krzycząca banda: bonżur mersie, sawa - mam już serdecznie dość tych słów...
Po czym poznać czy grupka dzieci, do której zbliża się rowerzysta ma zamiar go zaczepić i ew. pobiec za nim?? Oczywiście po tym, że wszyscy jak jeden mąż opróżniają buty z kamieni - średnio się biega z kamykami w butach zamiast skarpetek...Początkowo myślałem, że zbierają amunicję by we mnie rzucać, albo przynajmniej postraszyć takim zamiarem, po kilku takich spotkaniach zrozumiałem co należy wtedy robić: trzeba nieco zwolnić, odetchnąć i dać ognia gdy zaczną się wydzierać: bonżur mersie, sawa??!!





Po drodze mijałem dziesiątki glinianych wiosek i rozsypujących się kazb i ksarów. Po jakimś czasie już nawet nie zwalniałem... a dolina Draa??Przereklamowana jak sopockie molo. Mógłbym w połowie drogi przejechać na drugą stronę rzeki i do Zakury dojechać gruntówką (piste), mógłbym ale nie mogłem, bo dziś lub wczoraj upuszczono sporo wody ze zbiornika gdzieś w górze Daraa, a co za tym idzie piste było zalane, nie mówiąc już o przejeździe którym miałem się dostać na drugą stronę...
Siedzę na kempingu Prends ton Temps w Zagorze, czekam na kolację już drugą godzinę... co z tego, że zaraz po przyjeździe wszyscy wydawali się dokładnie rozumieć, że muszę się szybko najeść, wykąpać i iść spać... niestety, miałęm problem nawet z umyciem rąk przed jedzeniem, bo "na chwilę" nie było wody - choć miała być non-stop, ciepła... umyłem się w kuchni. Wkurw mnie straszny łapie, bo kolacja miała być o 20tej, a mija 21:30, koleś wciąż roznosi jedzenie, ale nie do mnie! Prysznic będzie później, insz Allah!
Dostałem wreszcie harirę, cienką pomidorówkę... aż boję się co przyniesie zamiast tajinu. Robi się coraz chłodniej, przyszedł niewidomy Berber i rozrabia...
O tajin nie chce mi się już nawet pisać... starczy, że po raz pierwszy w Maroku razem z tajinem dostałem przyprawy do niego... pierś z kurczaka, ziemniaki, pomidor, cukinia, marchewka, wszystko rozgotowane... tak jakoś mnie dziwiły te wielkie gary w kuchni gdy myłem ręce...
Prysznic za działał po 23, nie zadziałałby gdybym nie zaczął krzyczeć, że nie mam ochoty na żarty po 100 kilometrach na rowerze! Potem skończył mi się j. angielski i całkowicie zasadnie zwyzywałem wszystkich po polsku... i woda się znalazła i nawet gorąca...
Oczywiście całkowicie odradzam to miejsce!! Choć w pierwszym momencie wydaje się, że jest bardzo przyjemnie, a to Abdullah pokazujący fotki z turystami z Rosji i Niemiec (profesorowie!!), których zawiózł na kilka dni na pustynię, a to uśmiechnięci turyści, którzy z pobłażaniem patrzą jak dziwię się, że nie ma wody pod prysznicem, a to niewidomy Berber, który szuka swej przewodniczki-wnuczki... Gdy zamknąłem drzwi do swej celi, chłopaki siedzący kilka metrów ode mnie zapragnęli nieco pośpiewać i pograć na miejscowych instrumentach... muza monotonna, ale nie na tyle aby mnie uśpiła... gdy tylko rozpoczęli wszelkie psy wokoło zaczęły wyć, do rana nie przestały szczekać!!!!
Spadam stąd rano, im prędzej tym szybciej!!

czwartek, 4 marca 2010

3 marca, Warzazat – Agdz

Poranek bardzo rześki, para z ust, koła w ruch!
Pół nocy nie spałem – nie mogłem się doczekać wyjazdu, a może to tęsknota za Słońcem kochanym?
Ogarnąłem się do 9tej, pojadę jeszcze wysłać maila do sklepu, który sprzedał mi odtwarzacz MP3 – zapomniałem o tym wcześniej wspomnieć – zepsuł się w Touamie! Bez muzy na uszach nie jest łatwo, ale da się jakoś przeżyć, śpiewam sobie Stare Dobre Małżeństwo;)
Około 17tej dojechałem do Agdz – miasteczko położone jest u stóp góry Kissan, bardzo ciekawe kształty... Teraz siedzę przy świeczce na kempingu Targui, około 2 km od centralnego placu miasta – przewodnikowy hotel Daraa jest nieczynny, podobno w środku śmierdziało więc go zamknęli – pod wejściem do niego spotkałem Ibrahima, który zaprowadził mnie w to miejsce... Warunki są jakie są, śpię w lepiance, ale z oknami (miałem też wybór bez okna), co prawda w oknach są tylko kraty, ale i tak fajnie. Jest bieżąca woda, wychodek „na Małysza”. Ibrahim po Polsku zna tylko jedno słowo: herbata, ale za to o Polakach wie DUŻO, wie że piją DUŻO „łyski” i „łodki”, DUŻO...
Droga z Warzazatu była świetna! Ruszyłem z 1150 m, po drodze minąłem dwie przełęcze, Tifernine (1600m) i Tinififft (prawie 1700m), w międzyczasie zjechałem do doliny na około 1100m … (jak zgram track z GPSu to to uściślę, teraz nie mam na to czasu) Pierwsze 30 km, nic szczególnego, ale potem zaczęły się nieziemskie widoki – uwaga, pomiędzy Warzazatem a Agdz jest tylko jedna miejscowość, Ait Saoun, bardzo tam cenią swoje batoniki i butelkowaną wodę;) Trochę wiało, nie było gorąco, a takich widoków nie miałem na Tiszce. Równolegle wkładam zdjęcia, nie mam sensu pisać o widokach, sami zobaczycie, było zajebiście.Ostatnie 20 kilometrów to zjazd z 1700m na 950;) Miodzio!

Teraz czekam na kolację, oczywiście tajin. Podobno są tu jeszcze jacyś Francuzi, ale jeszcze ich nie widziałem. Po powitalnej herbacie miętowej z Ibrahimem zdrzemnąłem się ze dwie godziny. Teraz jest już bardzo ciemno, niebo jest nieprawdopodobne, tyle gwiazd naraz! Pewnie często będę je podziwiał, tymczasem bardzo mnie zafascynowały... Trochę wieje, właśnie pojawił się Ismai – zaraz będzie jadło dla mnie, Ismailowi też pierwsze co się kojarzy z Polską to wódka! Smutne, ale prawdziwe... Jest tu jeszcze Muhhamad, przyniósł „klosz” do świeczki, miejscowy patent ze słoika i puszki po fasoli z kilkoma otworami, wszyscy bardzo mili i otwarci...
Jednego z Francuzów poznałem przy kolacji, on nie jadł, palił to od czego Nowaka głowa bolała... Przyjechali tu we trójkę, jego siostra i jej mąż poszli już spać. Nie pamiętam jego imienia, ale chłopak nie wiedział, że Warszawa jest stolicą Polski;) Za to znał po polsku dwa słowa: Na zdrowie!

4 marca, Agdz, rano

Poranek znów bardzo rześki... ogoliłem się na dworze, Francuska przywitała mnie „cześć”;) Trójka z Francji porusza się stopem i pieszo, teraz w stronę Warzazatu, potem na północ, do siebie;)
Teraz siedzę w jednej z kilku knajpek internetowych w Agdz, jest cień, czysto i prąd... rozładowałem sobie wczoraj jeden komplet akumulatorków do fotoaparatu;)
Robi się coraz cieplej, zbliża się 11ta, chyba jednak jeszcze chwilę posiedzę w tym miasteczku, właśnie pojawił się Ismail i zaprosił na herbatę do siebie do knajpy, pewnie też coś zjem, ruszę około 13tej... do Zagory mam prawie stówkę i pewnie dużo będę się zatrzymywać dla fotek;) nie dojadę przed zmrokiem;(

wtorek, 2 marca 2010

2 marca, Warzazat



Tak, wciąż tu jestem! Od rana pada deszcz... Kupiłem proszek do prania, skoro mam tu spędzić jeszcze jedną noc to przynajmniej sobie ciuchy dobrze wypiorę... Masakra!!
Dopiero jutro ma się rozpogodzić.
I trochę zdjęć podwieszę na picasę, wciąż nie mogę zamieszczać ich w tekście;(
17:00
dziś objawiło się w całej okazałości moje lenistwo i brak chęci na organizowanie sobie czasu na czas deszczu;) Długo nie namyślając się poszedłem na pół dnia do knajpy internetowej i skutecznie namieszałem w przeglądarce... tak bardzo, że musiałem odinstalować firefoxa, zainstalowałem więc operę, ale tu zaskoczenie – nie mogę wcale obsługiwać postów na bloggerze, coraz mnie mi się podoba blogspot.com... potem połaziłem po miejscowych sklepach, wróciłem do hotelu, zrobiłem pranie, a teraz znów siedzę na mieście w jakiejś knajpie i się relaksuję
deszcz już nie pada, wieje, chmury nisko, co jakiś czas wychodzi słoneczko, relaks
pełen luz;)
jutro jadę na południe, wszystkie znaki na niebie i w mieście zapowiadają, że jutro już nie będzie padać i na pewno nie będzie wiać od południa;)
zobaczymy

28 lutego - 1 marca, Taddert - Warzazat

W niedzielę (28 lutego), późnym wieczorem dojechałem wreszcie do Warzazatu, choć szczerze w to wątpiłem przez ¾ drogi, bo wciąż wiało – wiadomo w co – i choć do Tiszki dotarłem przed 13tą to po pół godzinie zjazdu w stronę pustyni nie robiłem już sobie dużej nadziei, że dotrę przed zmrokiem do miasta... Nie sądzę aby było to normalne, ale wciąż wiało z południa!! Z krótkimi przerwami wiało konsekwentnie i nie słabo...
Tizi-n-Tichka nieco mnie rozczarowała, kilka budynków zaplecza turystycznego, kilka autokarów, wszechobecni handlarze malowanymi minerałami... dłuższy odpoczynek zrobiłem sobie jakieś 500 m przed przełęczą, u samego szczytu długiej, płaskiej doliny – swoją drogą gdybym następnym razem miał tędy jechać to rozbiłbym się tam na noc... Droga od Taddert piekielnie stroma. Było tam jedno takie miejsce, że patrząc w górę nie byłem pewien czy na szczycie widzę auta czy to tylko złudzenie... okazało się, że jednak nie złudzenie – ponad 600 metrów przewyższenia, a droga się wiła niemiłosiernie.


Na 1900 m zaczął padać deszcz;) Oczywiście wiało i robiło się coraz chłodniej, ale już wyjeżdżając z Taddert ubrałem się cieplej, choć jadąc w krótkich spodenkach musiałem ciekawie wyglądać...
Tak jak wcześniej nie mogłem się doczekać zjazdu z Tiszki, tak teraz mam go już serdecznie dość, było niebezpiecznie, miejscami ostro dopedałowywałem żeby w ogóle ZJEŻDŻAĆ! Wiatr popsuł mi prawie całą przyjemność z pokonywania tej części drogi... Wszystko natomiast rekompensowały widoki, krajobraz zmienił się drastycznie, zbocza gór są łagodniejsze, doliny szersze, co jakiś czas pojawiają się czerwone ostańce... trzeba to zobaczyć. Po jakiś 50 km od startu, czyli około 30 za Tiszką wiatr z południa nieco osłabł, a czasem nawet zmieniał kierunek...



W końcu, jakieś 40 km przed Warzazatem, około 17:30, częściej wiało mi już w plecy niż w wiadomo co... wcześniej zjadłem pyszny tajin, mięśnie dostały zastrzyk energii więc docisnąłem – całe kilometry jechałem ponad 40km/h i wcale nie było tak mocno z górki – ostatnie 20km to zjazd „tylko” z 1300 na 1150 m n.p.m. A widoki?

Chryste, mimo że chciałem dojechać do miasta przed zmrokiem co kilka kilometrów zatrzymywałem się i fociłem – słońce zachodziło, wszystko pomarańczowo-czerwone, w dali Atlas, wioski z czerwonej gliny, rzeka, coraz szersza dolina... mieli pomysł Francuzi z posadowieniem właśnie tu tej drogi!














Wjeżdżając do miasta nie minęła 19ta, szybko znalazłem hotel – Gazela, przed stacją Shella i jakiś kilometr przed centrum... Cennik zakładał obciążenie mnie kwotą 130 Dh, jednak i tu udało się nieco stargować, ostatecznie 100 Dh, pokój na parterze, duży, bez problemu dało się ustawić rower, łazienka... czego więcej chcieć??
Dobrej pogody...
Poniedziałek spędziłem szwendając się rowerem po mieście – nie za dużo tu atrakcji... Na dłużej zakotwiczyłem w knajpce prze ulicy 13 marca... tuż przy Cyber Marche, więc miałem internet, pogoda na najbliższe dni nie najlepsza, ma padać i wiać... w knajpie siedziałem prawie do 23, obok zamknęli już prawie wszystko, chciałem przesłać na YouTube film z podjazdu do Touamy, ale deszcz zaczął padać pod takim kątem, że mokłem i ja, więc dałem za wygraną, może kiedyś indziej się uda;)




Co dalej? Nie mam zielonego pojęcia, wszystko zależy od pogody, jeśli będzie padało nie ruszam się z miasta, nie chce mi się jechać z dodatkowym obciążeniem w postaci kilkucentymetrowej warstwy mokrego, pustynnego pyłu... Odwiedzę studia filmowe i kazby służące ostatnio głównie scenografom...
Tiszka „zrobiona”... czas na kozy na drzewach, ale te najczęściej występują w okolicach innej przełęczy, Tizi-n-Tast... więc jeśli będzie dobra pogoda, to pojadę dalej na południe, przez Antyatlas doliną rzeki Dara, być tak blisko Sahary i jej nie zobaczyć?? Poza tym obiecałem Jurkowi piasek z Sahary (w sumie to wystarczyłoby jakbym trochę zmiótł z podłogi pokoju, bo jest go pełno wszędzie)... A potem jeśli nie Agadir i Essouira, to Asni i Essouira... Może jeszcze jakieś kopalnie srebra i manganu po drodze?? Insz Allah!

poniedziałek, 1 marca 2010

27 lutego, Touama - Taddert

Touama - Trauma, wszystko jedno, wyruszyłem z zamiarem...
Pod górę i wiatr w pysk. Cały dzień! Czasem wiało tak, że nie dało się ustać! Masakra, aż gile z nosa wysysało. Masakra. Pierwsze 10 km pokonałem w 1,5 godziny. Boczny wiatr, pod górę, wiatr w pysk, boczny wiatr, auta z tyłu, pod górę, auta z przodu, boczny wiatr, wiatr w pysk... więcej pchałem niż jechałem. Rano nie jadłem śniadania, bo "centrum" handlu Touamy otwiera się duuużo później niż 10 rano. Około 12tej zatrzymałem się w jakimś sklepie - zjadłem 2 marchewki, pomarańczę, chlebek marokański i dwa miejscowe batoniki - strasznie słodkie. Pan w sklepie nie mógł zrozumieć, że nie potrzebuję plastikowej torebki na marchewki, bo od razu je zjem...Ruszyłem z 980 m npm, a zaplanowałem sobie dziś dojechać do Warzazatu - czyli czekały mnie dwie przełęcze, na 1450 i 2260 m... nie było najmniejszych szans na dojechanie.
Około 15tej doczłapałem się do pierwszej przełęczy, Tizi-n-Aw Imgur - do Taddert zostało wciąż 20 km! Na szczęście w górę już jakieś 200 metrów. Niestety z przełęczy najpierw się zjeżdża więc nie bez trudu znalazłem się znów na 1200 m i znów w górę i wiatr w pysk. O 18tej byłem w Taddert, z rozpędu przejechałem wioskę i zatrzymałem się przemyśleć temat już za drugą tablicą z nazwą... z przeciwka jechał miejscowy rowerzysta, zatrzymał się, w kilku słowach odradził mi jazdę dalej, bo dalej nic nie ma... pojechał... zeszło mi sporo powietrza z przedniego koła. To znów Palec Pana B. Zawróciłem, chwilę jechałem z wiatrem i pod górę! Co za frajda! Hotel zamknięty od 2 dni - kilka dni temu przestało padać, zbocza gór są poznaczone spływającą wodą, w dużych ilościach... Zatrzymałem się u Hassana i jego rodziny, dom bardzo skromny, żeby nie powiedzieć biedny... podłoga krzywa, ściany... sufit, ehh nie ma co pisać... ale Hassan bardzo fajny człowiek!
Droga oprócz tego, że paskudnie wietrzna była świetna! Czerwone góry po 1300m zmieniły się w paloną ochrę, co kilka kilometrów na zboczach lub w dolinach pojawiały się gliniane wioski... tu już chyba nie pogadam sobie po arabsku, raczej po berberyjsku;)



U Hassana dostałem oddzielny "pokój" - jedno z czterech pomieszczeń w jego domu, czyste i wyposażone tylko w pledy, półkę i okno... było chłodno, na dworze kilka stopni cieplej.




Obudziłem się przykładnie około 8, a Hassan przed 9 zaprosił mnie na herbatę, poznałem jego żonę (ale nie z imienia) i 2 letniego synka Salaha - bardzo samodzielne dziecko! Z Hassanem dzień wcześniej umówiłem się na zapłatę: ile dam tyle będzie dobrze... 20Dh i 3 dolary plus 10Dh w monecie - dużo za dużo, teraz sobie myślę, że gdy następnym razem dostanie od jakiegoś zmordowanego turysty 20 DH to będzie bardzo rozczarowany...
Gospodarz twierdzi, że dziś już nie będzie tak wiało... Czyli co? Warzazat wreszcie?


Niestety tymczasowo nie będę publikował zdjęć w tekście, musiałbym "dociągnąć" jakieś wtyczki do przeglądarki, bo nie widzę w bloggerze wszystkich przycisków formatowania.
Tymczasem więc odsyłam: http://picasaweb.google.pl/rowerowajazdapolska/Rowerowe_maroko#
Jutro krótki filmik... http://www.youtube.com/watch?v=_ot8AWioMA0

przepraszam za przekleństwa

FILM JUŻ JEST:

sobota, 27 lutego 2010

26,27 lutego rano, Marrakesz - Touama

Wczoraj przejechałem pierwsze kilometry, 65, prawie cały czas pod górę, ruszyłem z około 450 m n.p.m. i w 4h czystej jazdy dojechałem do 980 m . Miałem dwa poważne kryzysy, ale myśl o rozbijaniu namiotu na kamienistym gruncie, gdzieś przy szosie, skutecznie dodawała mi sił i dojechałem do miejscowości Touama, około 60 km przed przełęczą Tiszka – w górę mam więc jeszcze jakieś 1300 metrów... Chciałbym dziś dojechać do Warzazatu – choć z drugiej strony za przełęczą odbijając na wchód mogę dojechać do kazby Glawich w Talwacie, i dalej jadąc dotrzeć do Animitar – glinianej wioski... następnego dnia mógłbym zjechać dalej boczną ścieżyną do Ajt Ben Haddu, skąd już tylko kilka kilometrów do dobrej drogi... Zobaczymy, mam dużą chęć na kilkugodzinny odpoczynek po przełęczy, a zjazd do Warzazatu mógłby mi to zapewnić...
Wczorajsza droga nie była zła – oczywiście auta, busy i autokary nadużywały sygnałów dźwiękowych, ale w sumie jechało się fajnie. Słońce miałem przeważnie na godzinie 16 tej, dosmarowywałem się co kilkanaście kilometrów kremem z filtrem, niestety wziąłem tylko słabą dziesiątkę, w Warzazacie będę musiał zaopatrzyć się w coś mocniejszego, bo prawy łokieć, łydkę i dłoń mam mocno zarumienioną. Czuję też spalone prawe ucho, którego wcale nie smarowałem;(
W Taouma zatrzymałem się w Hotelu Dar Oudar, zaproponowano mi pokój z łazienką i śniadaniem za 100Dh, jednak zapłaciłem tylko 80, bo nie chciałem śniadania – wieczorem poszedłem do wioski, na głównym skrzyżowaniu znajduje się kilkanaście sklepików i straganów. W jednym z nich zjadłem dwie miski przepysznej hariry, po 2DH... Za jakąś godzinę zjem tam też śniadanie.
Około 5 rano zaczął silnie wiać wiatr, w całym hotelu słychać było stukające okiennice, godzinę później gdzieś pod moim oknem zaczęły marcować koty, w oknie mam siatkę na insekty więc nawet nie miałem jak ich przepędzić. Zacząłem się bardzo obawiać czy dam radę w taką wichurę jechać, ale około 8 usłyszałem świergot ptaków, silnik helikoptera i po kilku minutach wiatr ustał. Teraz jednak znów wieje, ale dużo słabiej. Ruszam, chciałbym dziś dojechać do Warzazatu - około 140 km, około 60 pod gorę, potem zjazd z 2260 m n.p.m. na 1150 m... zobaczymy!

piątek, 26 lutego 2010

start z Marrakeszu

nie wpuścili mnie na dworzec kolejowy z rowerem! musiałbym zostawić na parkingu!
Ustaliliśmy z ochroną dworca linię demarkacyjną, około 10 metrów od lica budynku, na szczęście jest jeszcze zasięg WiFi:)
Jak się wieczorem okazało turystów z Polski było czworo, nie troje (dziewczyna, którą brałem za Francuzkę ma na imię Daria), pozostała dwójka to Paweł i Ania - i znów zadziałał Palec Pana B, dziś rano podczas pakowania się musieli zostawić sporo rzeczy, bo mieli limit bagażu - dostałem więc pastę do zębów, kapelusz i to od czego Nowaka bolała głowa (przyda się wysoko w górach)

nie udało mi się nabyć prepayowego internetu - sprzedają tylko z modemem, a ja takowy posiadam, i cena nieco odstrasza 440 DH!

tymczasowo zdjęcia wieszam tu: http://picasaweb.google.pl/rowerowajazdapolska/Rowerowe_maroko#
edit:
galeria zdjęć znajduje się tu >>>>>>>>>

czwartek, 25 lutego 2010

Warszawa-Paris-Casablanka-Marrakech

Miałem wczoraj wylądować w Casie i po szybkim złożeniu roweru skierować się na południe... Tymczasem rower nie złożony, nawet nie wyjęty z kartonu, a ja już jestem w Marrakeszu!

W samolocie z Warszawy poznałem bardzo energetycznych młodych handlowców z firmy Klima Therm, kilkanaście osób zostało docenionych przez zarząd i w nagrodę za doskonałe wyniki w pracy zorganizowano im wyjazd do Maroka.
Od słowa do słowa okazało się, że jadą z Casy do Marrakeszu podstawionym busem, a Remi z Pruszkowa zorganizował wszystko tak doskonale, że dzięki uprzejmości Pani Przewodniczki podwieźli mnie do Centrum Marrakeszu! Nie będę się rozpisywał jak bardzo było wesoło już w samolocie i w busie marokańskim - warto jednak wspomnieć, że wszyscy okazali mi bardzo dużo pomocy, a szczególne podziękowania należą się Remkowi! Mam nadzieję, że dziś uda nam się jeszcze spotkać;)
Na lotnisku w Paryżu poznałem też Tomka, mieszkającego na stałe w Meksyku Polaka, który czekał na samolot do Tunisu - jechał tam w sprawach zawodowych na kilka dni... Piszę o tym dlatego, że bardzo się cieszę iż prawdopodobnie nie rzucam się w oczy jako "klasyczny" Polak-turysta, bo przez pierwsze kilka minut porozumiewaliśmy się łamaną angielszczyzną (moją) i francuszczyzną (też moją), po czym zdenerwowałem się na mojego netbooka, przekląłem pod nosem i okazało się, że i on po polsku zna całkiem sporo innych słów.
Do Marrakeszu dotarliśmy późnym wieczorem, około 21 naszego czasu, czyli 20:00 marokańskiego, spowodowane to było głównie wspaniałą atmosferą panującą wewnątrz... Natychmiast skołowałem grande taxi, umówiłem się na konkretną cenę za przejazd na Kemping pod miastem, z uwagi na okolicę, w której się znajdowaliśmy -"expensive" - kierowca zażądał 40euro za kurs-stargowałem się na 20, ale to i tak bardzo dużo, nie miałem wyjścia, ja "trochę zmęczony" podróżą... Jadąc na Kemping podjechaliśmy jeszcze sprawdzić hotel przy Jamaa-el-Fna, tam jednak okazało się, że kierowca chciał mnie zostawić w bocznej uliczce, a dalej musiałbym iść pieszo - oczywiście natychmiast znalazło się kilkunastu "pomocników" do niesienia tobołków i kartonu z rowerem - zrezygnowałem nie wyjmując pudła z bagażnika. Nas kempingu okazało się, że nie ma miejsca w pokojach, mogłem rozbić namiot... ale ja potrzebowałem się dobrze wyspać, kilka kilometrów dalej był jeszcze jeden kemping - tam natomiast okazało się, że za łóżko w pokoju musiałbym zapłacić prawie 30euro!! Nonsens, zapakowałem się do taksówki i ruszyliśmy z powrotem do miasta - po 100 metrach (a musicie wiedzieć, że ten drugi kemping był z kilometr od głównej drogi i jakichkolwiek innych zabudowań) na szutrowej drodze, pomiędzy jakimiś nieużytkami, kierowcy się przypomniało, że umawialiśmy się na opłatę za dojazd do kempingu, ale nie na powrót do Mediny... zażądał tym razem 25 euro dodatkowo, na nic były moje tłumaczenia, że i tak musi wrócić do miasta... potężnie zirytowany, serio zmęczony zapłaciłem mu w końcu 20euro i 10 dolców, masakra!
Pojechaliśmy do miasta szukać jakiegoś lokum, w międzyczasie znalazłem w przewodniku kolejne adresy hoteli, których cena miała się adekwatnie do standardu, niestety i w Franco-Belge i sąsiadującym des Voyageurs był komplet, miejsca te wyglądały bardzo przyzwoicie, cen jednak nie poznałem, bo nic mi się już całkowicie nie chciało... W końcu wylądowałem w pokoju z niemiłosiernie chrapiącym Filipińczykiem, pokój ten znajduje się w Schronisku Młodzieżowym w dzielnicy Kaliz... Wieczorem nie dokonałem właściwie żadnych formalności związanych z moim pobytem, bo nieco zaspany pracownik recepcji stwierdził, że mogę zapłacić rano, po śniadaniu!!

Tak, w tym schronisku młodzieżowym serwują śniadania! Za łóżko zapłaciłem 70DH, prysznic i ubikacja oczywiście wspólne, ale bardzo schludne!
W tej chwili siedzę na ławeczce w holu marakkeskiego dworca kolejowego, free WiFi, standardy muzyczne z głośników, McDonalds, czyste ubikacje, nikt się nie pyta czy w czymś pomóc;)

Z polskich akcentów, żeby było mało Tomka z Meksyku i ekipy Klima Therm - po śniadaniu, zgrywając sobie muzę na mp3, usłyszałem, a jakże, "kurwa jaka zimna ta woda!" - może trochę wyolbrzymiam, ale rzeczywiście spod prysznica dochodziło ewidentnie polskie słownictwo - poznałem więc trójkę Polaków (Dominik i niestety imion dziewczyny i chłopaka nie zapamiętałem), którzy wrócili właśnie z Mhamid, wioski na pustyni, 260 km od Warzazat - okazało się, że droga przez góry jest przejezdna, śnieg leży jakieś 50 metrów powyżej szlaku... jutro więc ruszam w stronę Warzazat, około 150 km, niby mało, ale w międzyczasie przejechać będę musiał przełęcz Tiszka, 2260 m, czyli 1800 m wyżej niż jestem teraz;) Będzie jazda, jak już tam wjadę;)

Tymczasem tyle... jutro przed wyjazdem podwieszę kilka zdjęć, choć nie za wiele ich, bo bardzo "męcząca" była podróż z Polakami. Ciekawe co dziś mi wskaże Palec Pana B?

poniedziałek, 22 lutego 2010

Maroko

za dwa dni lecę do Casablanki... nie wiem w co ręce włożyć - niby bilet kupiłem prawie miesiąc temu (AirFrance dobra cena 1050 pln - nie polecam kupowania biletów lot. w ostatniej chwili, dziś ten sam przelot kosztuje ponad 100% więcej!), ale w ogóle nie miałem czasu na większe przygotowania, ani tym bardziej na pisanie o nich
mam nadzieję, że nadrobię to na miejscu, bo biorę ze sobą eeepc z Mintem;)

wstępny plan trasy zakłada start z Casy, później jadę na południe, w stronę Atlasu i przełęczy Tizi-n-Tichka, w zależności od pogody będę się kierował bezpośrednio do Marrakeszu (jeśli będzie ciepło) lub wybrzeżem do Agadiru i potem na wschód "objeżdżając" Atlas by przełęcz zrobić od południa... jeśli nocami w głębi kraju miałyby być przymrozki... Wylot do RP 24 marca z Casablanki.

to na razie tyle, później więcej